Wyspa tajemnicza/X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Wyspa tajemnicza
Podtytuł Z 19 ilustracjami i okładką F. Férrat’a
Data wydania 1929
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Joanna Belejowska
Tytuł orygin. L’Île mystérieuse
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ X.

Wynalazek inżyniera. — Pytanie, zajmujące wciąż Cyrusa Smitha. — Wycieczka na górę. — Las. — Grunt wulkaniczny. — Muflony. — Pierwsza płaszczyzna. — Noc. — Wierzchołek stożka.

W kilka chwil później trzej myśliwi stanęli przy jasno płonącem ognisku, przy którem zastali Cyrusa Smitha i reportera. Zdumiony Penkroff spoglądał na nich w milczeniu, trzymając kabję w ręku.
— Tak, tak, mój przyjacielu, to ogień, prawdziwy ogień; upieczemy przy nim tę wyśmienitą zwierzynę i spożyjemy ją ze smakiem.
— Ale któż go zapalił? — zapytał Penkroff.
— Słońce!!
Gedeon Spilett mówił prawdę, słońce zapaliło ten ogień, na który z takiem zdumieniem Penkroff spoglądał, że nie dowierzał własnym oczom i, stojąc jak osłupiały, nie zapytał jakim sposobem.
— Więc pan miałeś przy sobie szkło palące? — zapytał Harbert Cyrusa Smitha.
— Nie, moje dziecię — odpowiedział inżynier — ale urządziłem je sobie.
Mówiąc to, pokazał przyrząd, którym zastąpił szkło palące: były to poprostu dwa szkiełka od zegarków, które napełnił wodą i, przyłożywszy do siebie, skleił ich brzegi gliną: tym sposobem urządził wyborne szkło palące i za jego pomocą zapalił wysuszony mech, ześrodkowawszy na niego promienie słońca.
Marynarz obejrzał przyrząd, potem spojrzał na inżyniera, nie wymówiwszy ani słowa. Jakże wymowne było to spojrzenie! Znać było, że dla niego Cyrus Smith jest czemś więcej, niż człowiekiem. Nakoniec, ochłonąwszy trochę ze zdumienia, zawołał:
— Zapisz to pan, panie Spilett, zapisz to pan na papierze.
— Już zapisałem — odpowiedział reporter.
Następnie Nab i Penkroff wypatroszyli kabję i, wsadziwszy go na rożen, upiekli jak zwyczajne prosię.
Kominy mogły znów służyć za mieszkanie, gdyż suty ogień ogrzewał przerzynające je korytarze, a nadto porobiono w nich przepierzenia z piasku i kamieni, co dowodziło, że inżynier i reporter nie marnowali także dnia napróżno.
Cyrus Smith już prawie zupełnie odzyskał siły i wypróbował to zaraz, wchodząc na pochyłą płaszczyznę na znaczną wysokość. Gdy tam stanął, oko jego, przywykłe do oceniania wysokości i odległości, zatrzymało się długo na stożkowatym wierzchołku góry, na który chciał wejść nazajutrz. Góra, stercząca o sześć mil mniej więcej na północo-zachód, zdawała się wznosić na trzy tysiące pięćset stóp nad powierzchnię morza; tym sposobem, stojąc na jej wierzchołku, można było objąć okiem przestrzeń w obrębie pięćdziesięciu mil naokoło. Prawdopodobnie więc Cyrus Smith będzie mógł przekonać się z łatwością, czy znajdują się na stałym lądzie, czy też na wyspie, co słusznie bardzo uważał jak na teraz za najważniejszą kwestję.
Wieczerza była wyśmienita. Uznano, że mięso kabji jest wyborne, a sargasy i orzeszki sosny, zwanej pinją, smakowały także wszystkim; głośno wyrażali swe zadowolenie, z wyjątkiem inżyniera, układającego plany na dzień następny.
Kilka razy Penkroff wypowiedział zdanie odnośnie do tego, coby nadal czynić wypadało, lecz Cyrus Smith potrząsnął tylko głową, powtarzając:
— Jutro będziemy już wiedzieli, czego się mamy trzymać, i stosownie do tego postępować musimy.
Po wieczerzy dołożono drzewa na ognisko, i mieszkańcy Kominów, nie wyłączając wiernego Topa, zasnęli głęboko. Żaden wypadek nie zamącił spokoju tej nocy i nazajutrz — 29 marca obudzili się rzeźwi i gotowi przedsięwziąć wycieczkę w celu przekonania się, jakie mogą mieć nadal nadzieje.
Przygotowano wszystko na drogę: resztki kabji mogły wystarczyć im jeszcze na dwadzieścia cztery godziny, a zresztą spodziewali się, że w drodze uda im się zaopatrzyć w żywność. Szkiełka wstawiono napowrót w zegarki inżyniera i reportera, Penkroff spalił trochę bielizny na próchno, mające zastąpić hubkę, krzemień zaś łatwo będzie można znaleźć na gruncie pochodzenia wulkanicznego.
O wpół do ósmej rano wyruszyli z Kominów z grubemi kijami w ręku. Stosownie do rady Penkroffa udano się znaną już drogą przez las, jako prosto prowadzącą do podnóża góry. Zwrócono się więc ku południowi, idąc lewym brzegiem rzeki aż do miejsca, w którem koryto jej odwracało się na południo-zachód. Odnaleziono wkrótce ścieżkę wśród gęstwiny i o godzinie dziewiątej dostali się na zachodni kraniec lasu.
Grunt dość równy, z początku bagnisty, następnie suchy i piaszczysty, podnosił się teraz lekko, począwszy od wybrzeża w głąb lądu. Gdzie niegdzie dostrzegali wśród gęstwiny uciekające przed nimi zwierzęta. Top biegł za niemi, lecz pan odwoływał go natychmiast, uważając, że mają teraz ważniejsze zajęcie nad polowanie. Inżynier według swego zwyczaju dążył prosto do celu, i można było zapewnić, że obecnie nie zwracał uwagi ani na położenie okolicy, ani na płody. Głównym przedmiotem jego uwagi była góra, na której szczyt wejść zamierzał, i szedł do niej, na nic nie zważając.
O godzinie dziesiątej zatrzymano się trochę dla wypoczynku. Za lasem można już było poznać system orograficzny tej okolicy[1]. Góra składała się z dwóch stożków, z których pierwszy, wznoszący się na dwa tysiące pięćset stóp, z wierzchołkiem płasko ściętym, opierał się na poprzecznie idących pasmach niższych gór, rozgałęzionych fantastycznie. Wśród tych gór ciągnęły się wąskie doliny, zarosłe gęsto drzewami, rosnącemi także na pochyłości pierwszego stożka aż do jego wierzchołka. Jednak od strony północno-wschodniej roślinność była nie tak silna, a głębokie wklęśnięcia w boku góry pozwoliły się domyślać, że tam kiedyś lawa spływała potokami.
Na tym pierwszym stożku opierał się drugi, z lekko zakrąglonym i trochę skrzywionym szczytem, przypominającym okrągły kapelusz, włożony nieco nabakier. Cyrus Smith chciał dostać się na szczyt drugiego stożka.
— Jesteśmy na gruncie wulkanicznym — powiedział inżynier i wraz z towarzyszami zaczął wstępować na pochyły grzbiet góry, dosięgającej pierwszej płaszczyzny.
Wszędzie na drodze spotykali ślady działania sił plutonicznych, liczne wypukłości gruntu, odłamy skał, bazaltu, pumeksu. Też same drzewa iglaste, które w wąwozach tworzyły gąszcz nieprzejrzany, tu wyrastały miejscami tylko.
Zaledwie uszli kilkaset kroków, Harbert pokazał swym towarzyszom świeże ślady jakichś wielkich zwierząt; nie mogli jednak z nich poznać, do jakiego należały rodzaju.
— Zdaje mi się — rzekł Penkroff — że te zwierzęta niełatwo ustąpią nam swego państwa.
— Bardzo to być może — odpowiedział reporter, który już w Indjach polował na tygrysy a w Afryce na lwy — ale w takim razie postaramy się o to, aby się pozbyć tak niemiłego sąsiedztwa; teraz zaś miejmy się na baczności.
Wycieczka to była ciężka, nużąca: musieli często nakładać drogi, aby wyminąć niepodobne do przebycia miejsca. W południe zatrzymali się dla spożycia posiłku pod cieniem sosen, rosnących nad strumieniem, który z szumem toczył się w dolinę. Przebyli zaledwie pół drogi do pierwszej płaszczyzny, nie mogli więc mieć nadziei, że staną na niej przed zmrokiem.
Z wysokości, na której znajdowali się teraz, oczy ich mogły objąć ogromny przestwór morza, lecz ze wszystkich zresztą stron szczyty przyległych gór zasłaniały widok: nie można przeto było rozwinąć jeszcze tak ważnego dla nich pytania, czy się znajdują na wyspie, czy na lądzie stałym.
O pierwszej godzinie wyruszyli dalej. Teraz musieli iść ukośnie na południo-zachód i wkrótce znaleźli się w dość gęstym lasku, gdzie na gałęziach drzew spostrzegli dość duże stado ptaków, podobnych do kur. Były to tragopansy, ptaki z rodziny bażantów, z mięsistem podgardlem u szyi, z walcowatemi różkami, obsadzonemi nad oczyma; samice miały jednostajne brunatne upierzenie, samce jaśniały pyszną barwą czerwoną, nakrapianą biało. Gedeon Spilett tak zręcznie cisnął kamień, że zabił jednego z tych ptaków, co ucieszyło bardzo Penkroffa, którego apetyt zaostrzyło świeże powietrze.
Wyszedłszy z lasku, musieli iść pod górę przynajmniej sto stóp po nadzwyczaj stromej pochyłości, podsadzając się wzajemnie, i tym sposobem dostali się na wyższą kondygnację, gdzie znów zwrócili się na wschód. Nakładając nieraz znacznie drogi, aby znaleźć mniej niebezpieczne miejsca, pięli się wciąż wgórę po nader przykrej pochyłości. Nab i Harbert szli naprzód, za nimi Cyrus i reporter, a Penkroff na końcu. Zwierzęta, przebywające na tych wyżynach — a ślady ich spotykano wszędzie — mogły być tylko jakimś gatunkiem dzikich kóz, żyjących zawsze w górach. Zobaczono ich kilka skaczących po górach, i Penkroff zawołał:
— Barany!
Wszyscy zatrzymali się o pięćdziesiąt mniej więcej kroków od małego stada dość dużych zwierząt o silnych, wtył zagiętych rogach, spłaszczonych w końcu, z długą i miękką wełną płowego koloru.
Nie były to jednak zwyczajne barany, lecz zwierzęta, żyjące w górach sfer umiarkowanych, które Harbert nazwał muflonami.
— Czy można z nich robić kotlety i pieczenie? — zapytał marynarz.
— Oczywiście — odpowiedział Harbert.
— No, to są poprostu baranami — rzekł Penkroff.
Muflony stały nieruchomo wśród odłamów bazaltu, przyglądając się tak ciekawie podróżnym, że znać było, iż po raz pierwszy widzą ludzi; potem, jakby nagła wzbudziła się w nich obawa, uciekły szybko, skacząc po skałach.
— Do widzenia! — zawołał Penkroff, tak komicznym tonem, że Cyrus, Gedeon, Harbert i Nab nie mogli wstrzymać się od śmiechu.
Poszli dalej. Na niektórych pochyłościach dostrzegli ślady lawy, dziwacznie porysowanej. Małe, wygasłe wulkany zagradzały im niekiedy drogę, i musieli obchodzić naokoło.

W miarę, jak zbliżali się do płaszczyzny, stanowiącej szczyt niższego stożka, coraz to większe musieli przezwyciężać trudności. Około czwartej minęli już pas, na którym rosły jeszcze drzewa; obecnie spotykali już tylko czasami karłowate i pokrzywione sosny, które jednak musiały być bardzo odporne, skoro mogły oprzeć się wiatrom, wiejącym na tak znacznej wysokości. Szczęściem dla naszych podróżnych czas był piękny i spokojny, gdyż wiatr, wiejący na wysokości trzech tysięcy stóp nad powierzchnią morza, byłby dla nich bardzo dokuczliwy. Niebo było pogodne i powietrze przejrzyste; słońca już nie widzieli, gdyż skryło się za wyższym stożkiem, który zasłaniał widnokrąg od zachodu, a cień jego olbrzymi dosięgał aż do wybrzeża, przedłużając się jeszcze w miarę, jak słońce pochylało się do zachodu. Leciuchne jak mgła chmurki zaczęły pokazywać się na wschodzie,
Ponad skałami, górującemi nad Kominami, wznosiły się kłęby dymu, różne w powietrzu kreśląc zygzaki.
zabarwiając się pod działaniem promieni znikającej gwiazdy dziennej wszystkiemi kolorami widma słonecznego.

Już tylko pięćset stóp oddzielało podróżnych od płaszczyzny, na której chcieli noc przepędzić, lecz te pięćset stóp zamieniło się w dwa tysiące z powodu konieczności ciągłego zbaczania to w tę to w ową stronę. Miejscami pochyłość góry była tak stroma, że ześlizgiwali się z niej, jeśli który postawił nogę na skruszałej już pod wpływem powietrza lawie. Noc prawie zapadła, gdy Cyrus Smith wraz ze swymi towarzyszami stanął wreszcie na płaszczyźnie, stanowiącej szczyt pierwszego stożka.
Zajęto się zaraz wyszukaniem miejsca, odpowiedniego na spoczynek. Wyższy stożek wznosił się na podstawie ze skał, wśród których łatwo znaleźli schronienie. Trudno im było o drzewo; można jednak było rozniecić ogień z mchu i suchych gałęzi krzaków, rosnących tu miejscami. Kiedy marynarz układał kamienie, aby na nich rozłożyć ognisko, Nab i Harbert poszli po mech i gałęzie i wkrótce przynieśli dostateczny ich zapas na całą noc. Skrzesali ognia, próchno się zatliło, Nab dmuchał na nie, i jasny płomień objął mech i gałęzie.
Ogień potrzebny im był tylko dla zabezpieczenia się od chłodu nocnego, gdyż resztki kabji i orzeszki pinji stanowiły ich wieczerzę. Bażanta zostawiono na dzień następny.
Po wieczerzy Cyrus Smith postanowił, pomimo zmroku, przekonać się, czy wyższy stożek będzie można obejść około jego podstawy na wypadek, gdyby wstęp na szczyt okazał się niepodobnym. Była to nader ważna dla niego sprawa, bo jeżeli nie będą mogli wejść na wierzchołek góry, ani jej okrążyć u podstawy, w takim razie cała zachodnia część okolicy pozostanie dla nich, przynajmniej do czasu, nieznaną i pomimo tylu poniesionych trudów w części tylko osiągną cel zamierzony.
Gdy Penkroff i Nab urządzali posłanie, a Spilett spisywał wypadki dnia ubiegłego, inżynier poszedł zwiedzić płaszczyznę wraz z Harbertem, który pomimo zmęczenia towarzyszył mu chętnie.
Noc była cicha i jasna, łatwo więc mogli rozróżnić otaczające ich przedmioty. Miejscami płaszczyzna była tak szeroka i równa, że z łatwością posuwali się naprzód, idąc obok siebie; gdzie indziej znów odłamy skał tak ją zacieśniały, że z trudnością przejść było można. Nakoniec, po dwudziestu minutach drogi, Cyrus Smith i Harbert musieli się zatrzymać, gdyż boki stożków połączyły się z sobą, i znikła płaszczyzna, oddzielająca je od siebie, a pochyłość góry była tak stroma, że nie można było się na niej utrzymać.
Już mieli zawrócić, gdy spostrzegli, że będą mogli wejść na wierzchołek wyższego stożka, łatwiej nawet niż na pierwszy. Przed nimi na boku góry znajdowała się głęboka rozpadlina, rodzaj czeluści, przez który wylewały się produkty wulkaniczne w stanie płynnym w czasie, gdy wulkan byl jeszcze czynny. Stwardniała lawa i zeskorupiała piana utworzyły rodzaj dość wygodnych schodów, ułatwiających wejście na sam wierzchołek.
Cyrus Smith poznał to za pierwszym rzutem oka i pomimo wzrastającej ciemności, bez wahania zapuścili się z Harbertem w tę rozpadlinę. Szczyt stożka wznosił się na tysiąc stóp nad ich głowami.
Co do głównego wulkanu, nie można było wątpić, że już wygasł zupełnie: najlżejszy nawet dymek nie wydobywał się z niego, żaden huk, żaden szmer nie wychodził z głębi tej bezdennej studni, dosięgającej być może aż do wnętrza ziemi. W powietrzu nie dawał się uczuwać najlżejszy zapach siarki. Był to wulkan nie uśpiony tylko, ale zupełnie zamarły.
W miarę, jak Cyrus i Harbert postępowali wgórę, otwór krateru zdawał rozszerzać się nad ich głowami, i można powiedzieć, że za każdym krokiem nowe gwiazdy ukazywały się ich oczom.
O godzinie szóstej inżynier i Harbert stanęli wreszcie na szczycie stożka. Było już tak ciemno, że nie można było objąć okiem dwugłowej przestrzeni i niepodobna było przekonać się, czy morze otaczało dokoła tę nieznaną ziemię, czy też od zachodu łączyła się ona z jakimś lądem oceanu Spokojnego. Ku zachodowi ciemna smuga, wyraźnie zarysowana na widnokręgu, powiększała jeszcze ciemności, i najbystrzejsze oko nie zdołałoby dostrzec niczego w tym kierunku.
Wkrótce atoli w jednym punkcie widnokręgu ukazało się nagle mdłe światełko, zsuwające się powoli, w miarę jak ciemna chmura podnosiła się ku zenitowi.
Był to sierp księżyca na nowiu, już zachodzącego, lecz światło jego oświetliło o tyle widnokrąg w tej stronie, że inżynier widział przez chwilę księżyc, odbijający się w przezroczu wody. Pochwycił rękę Harberta i rzekł poważnym głosem:
— Wyspa!

W tej samej chwili księżyc ukrył się zupełnie.





Przypisy

  1. Orografja, opis zewnętrznych kształtów gór i dolin.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.