Wizerunki książąt i królów polskich/Władysław Warneńczyk

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wizerunki książąt i królów polskich
Data wydania 1888
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Ksawery Pillati,
Czesław Borys Jankowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
WŁADYSŁAW WARNEŃCZYK.


Otoczony przez Turków, padł król. Hunyady zdołał się ocalić. Kardynała Cesariniego zamordował przewożący go przez rzekę.
XXIII.
Władysław Warneńczyk
1434 — 1444.

W


W chwili zgonu Jagiełły, starszy syn jego Władysław liczył zaledwie lat dziesięć, młodszy Kazimierz lat ośm. Za staraniem królowej matki i Zbigniewa Oleśnickiego, następstwo za życia ojca zapewniono Władysławowi. Niemniej po zgonie Jagiełły powstała przeciwko temu wyborowi małoletniego potężna niechęć, i gdyby nie zabiegi królowej Sonki, gdyby nie wpływ przeważny Oleśnickiego, jego rodziny i przyjaciół, dynastya jagiellońska nie utrzymałaby się na tronie.
Zbigniew Oleśnicki nie sprzyjał jej, wolałby był Piastów; lecz szczęściem dla królowej, występujący przeciwko małoletniemu Władysławowi byli przyjaciołmi hussytów, wichrzycielami, przeciw którym, jako wrogom duchowieństwa i kościoła, musiał naówczas występować wszechwładny biskup. Powrócił do kraju z rozpoczętej już podróży na sobór — i skutecznie pracował nad utrzymaniem wyboru Władysława.
W sam dzieli koronacyi, burzyciele krzykami i podburzaniami usiłowali jej przeszkodzić. Niektórzy z warchołów, widząc, ze nic dokazać nie zdołają, chcieli wywołać walkę i zamieszanie. Zelżyli brata Oleśnickiego; w kościele podczas obrzędu hałasowali i łajali. Nic to nie pomogło: dziesięcioletni Władysław włożył koronę na głowę, a to naówczas miało znaczenie wielkie. Spytek z Melsztyna, Dersław z Rytwian, Abraham Zbąski, wszyscy hussyci, którzy już byli dobra duchownych pozajeżdżali, bo reforma religijna poczynała się od rabunku — zostali złamani. Na przyszłość podobnym im burzycielom spokoju zagrożono wyjęciem z pod prawa i wywołaniem z kraju.
W początkach panowania Władysława, widzimy naturalnie u steru Zbigniewa Oleśnickiego, a jego stronnictwo u władzy. Po za nim stoi królowa Zofia, czuwająca i nieprzestająca być czynną w sprawie swoich dzieci. Jej one w istocie wszystko są winne, nie wyjmując nawet losu, jaki spotkał Warneńczyka. Kocha ona je po swojemu, pragnąc widzieć wielkimi, potężnymi mocarzami przedewszystkiem; dla tej wielkości gotowa jest poświęcić inne szczęścia warunki. Marzy o koronach dla obu, a starszemu na jednej poprzestać nie dozwala.
Zręczność się nasuwała wyjednać u Czechów wybór Kazimierza młodszego. Zarządzono wyprawę do Czech, postarano się o elekcyę, ale uprzedził go, koronując się królem, Albert, zięć Zygmunta Luksemburczyka, zmarłego w r. 1437.
Mając tylko dwie córki, nie spodziewając się już syna, Albert był skłonny oddać je obie razem ze spadkiem dwu koron po sobie dwom królewiczom polskim. Zabiegi czynnej królowej nie ustawały.
Wtem zmarł Albert, zostawiając wdowę z dwiema córkami i spodziewanem trzeciem dziecięciem.
Czuwająca niespokojnie i na wszystko mająca oko królowa Zofia, postarała się o to w Węgrzech, aby króla polskiego Władysława na tron wybrano, pomijając potomstwo Alberta.
Stało się, jak pragnęła. Węgrom korzystnem było połączenie się z Polską dla opierania się coraz groźniejszej potędze ottomańskiej. Powołali więc na tron Władysława, a z nim Polskę do wspólnego boju przeciw niewiernym. Polska brała na siebie wielkie, ale chlubne brzemię, które po naradach i namysłach przyjęto.
Królowa Zofia nadewszystko tego pragnęła, i gotowa nawet była niedorosłego syna, dla utwierdzenia go na tronie węgierskim, swatać z wdową po Albercie, która wiekiem matką jego być mogła. Nieszczęśliwa wdowa godziła się pozornie na wszystko, aby zyskać na czasie.
Władysław począł się wybierać do Węgier, a to w chwili, gdy zawichrzona Litwa potrzebowała silnej ręki i pilnego oka. Na Litwę wyprawiono ledwie dorastającego Kazimierza, nie patrząc na to, na jakie go narażano niebezpieczeństwa.
Wybór na Królestwo Węgierskie z razu wydawał się z oddala jako jednomyślny i zapewniony; objęcie rządów nie miało żadnej ulegać trudności. Lecz inaczej się okazało, gdy Władysław z licznym orszakiem panów, przeprowadzany przez Zbigniewa Oleśnickiego, wybrał się do nowego królestwa.
Tam czekał go niespodziewany opór, niechętne mu stronnictwo wdowy, pochwytane zamki, uwiezione korony, jednem słowem wojna, której król młody ani przewidywał, ani życzył, a zmuszony był prowadzić przeciw sierotom i wdowie. Opierał się też, o ile zdołał, i wielokrotnie chciał wyrzec się narzuconej mu korony.
Jak najszlachetniejszym okazuje się młody syn Jagiełły, wychowany rycersko i pobożnie. Za każdą oznaką niechęci wyprasza się od panowania, o które walczyć musi, — nie chce, aby go za przywłaszczyciela miano. Ci, którzy go wybrali, błagać muszą, aby ich i kraju nie opuszczał.
Kilkunastoletni młodzian, pałający żądzą sławy i boju, tem się tylko daje skłonić do pozostania na Węgrzech, że im wojna z Turkami zagraża, że ma być w niej wodzem i stać w obronie chrześciaństwa.
Tymczasem przychodzi na świat niespodzianie Pogrobowiec, syn Alberta, prawy spadkobierca tronu. Król polski obok sieroty, w oczach rodziny królowej i niemal całego świata, ogłoszony jest wydziercą, napastnikiem.
Dziecię, zaledwie narodzone, w pieluchach pośpiesznie koronują, zdradnie pochwyconą koroną św. Szczepana. Król polski nieukoronowany ma przeciwko sobie namaszczone niemowlę.
Silniejsze jednak stronnictwo, które go wybrało, wprowadza go do Budy. Dla uwieńczenia wybranego, biorą z grobu św. Szczepana koronę, i młody pan, opierając się do ostatniej chwili, w końcu ogłoszony jest prawym królem Węgier.
Wdowa i jej dzieci obudzają w nim politowanie i współczucie; interes chrześciaństwa zmusza trzymać się na tronie, który go czyni wodzem.
Walka nieuchronna z Turkami, grożąca nietylko Węgrom, ale całemu światu chrześciańskiemu — sprawę korony węgierskiej czyni europejską. Rzym miesza się czynnie i występuje jako pośrednik.
Kardynał Julian Cesarini przybywa jako poseł Eugeniusza IV-go papieża, aby pojednać choćby czasowo wdowę po Albercie z królem Władysławem, i wyprawę przeciwko niewiernym uczynić możliwą. Zręczny, przebiegły, żarliwy Włoch, bierze do serca wojnę z Turkami; z niezmierną zręcznością dyplomaty włoskiego, sprawia niemal cud, skłania do porozumienia się wdowę Elżbietę z przeciwnikiem jej syna. Pomocą w dokonaniu tego układu jest dodany do boku Władysławowi, wielce zdolny i przebiegły dziekan krakowski, Mikołaj Lasocki.
Pokój zawarty z Elżbietą ma ułatwić królowi wystąpienie przeciw Turkom połączonemi siłami Węgier i Polski, z posiłkami zapowiedzianemi od cesarza Paleologa, papieża Eugeniusza, od Włochów, Niemiec i całej Europy. W przygotowywaniu pobożnej krucyaty wszystko się zdaje składać po myśli Cesariniego. Pierwsza wyprawa króla z Polakami, Węgrami i bardzo małemi hufcami posiłkowemi, okrywa młodego bohatera chwałą. Towarzyszy mu nieodstępny Cesarini. Wojska węgiersko-polskie, zapuściwszy się dosyć zuchwale w pogoń za niewiernymi, z tryumfem powróciły do Budy.
Nadzieja wypędzenia Turków z Europy, podsycana temi pierwszemi zwycięztwy, rozpromienia serce króla, którego imię powtarza już świat cały. Z męztwem nadzwyczajnem, niezmożony trudami, walczył on wszędzie, sam idąc na czele... Na powitanie powracającego tryumfatora cała Europa wysyła posłów, aby go do nowej i stanowczej skłonić wyprawy. Spodziewano się po niej ostatecznego Turków pogromu, wybawienia chrześciaństwa. Papież, Wenecya, Genua, Paleolog uroczyście przysyłali obietnicę posiłków wspólnego działania.
Władysław pilno był w Polsce potrzebny; przybyli ztamtąd posłowie usilnie go do kraju opuszczonego wzywali; ale nad sprawę Polski, ważniejsza, większa sprawa całego świata i kościoła zagrożonego przeważyć musiała.
Zawarto rozejm ze stronnikami Pogrobowca, którzy walcząc dla sprawy jego, a raczej dla łupu, niepokoili Węgry. Nową wielką wyprawę postanowiono. Czuwał nad tem Cesarini.
Rozgłos wielkich przygotowań do wojny, która siły całego świata chrześciańskiego zjednoczyć miała przeciwko poganom — zastraszył Turków. Zażądali pokoju, a warunki z ich strony były tak dla przeciwników korzystne, że nawet Hunyady, wódz najznakomitszy Węgrów, mąż niepokalanego patryotyzmu, zgodził się na ich przyjęcie. Kardynał Cesarini, który się niejako zobowiązał w obliczu Europy do przygotowywania nowej wyprawy, do walki rozstrzygającej, sam nie wiedział co począć. Zawarciu pokoju na razie zapobiedz nie było podobna; musiał tymczasowo uledz, zmilczeć, poddać się nieuniknionemu losowi.
Stanął pokój i przymierze na lat dziesięć, które i królowi Władysławowi, marzącemu o bohaterskich bojach, miłem być nie mogło. Turcy tak się okazali niedowierzającymi przy zawieraniu traktatu, iż przysięg na hostyę świętą od króla wymagali.
Dziejopis wojnę tę opisujący, Kallimach, utrzymuje, iz Cesarini (co dla nas jest niezrozumiałem) godził się na taką nawet przysięgę, gdy spowiednik króla, Grzegorz z Sanoka, opierał się jej, za świętokradztwo ją uważając. Król też przysiągł tylko, wedle obyczaju, na Ewangelię.
Zaledwie się to spełniło, gdy z Europy do króla, do Cesariniego, nadbiegły listy pobudzające, zachęcające, naglące do walki z niewiernymi, wróżące pewne zwycięztwo. Nie wiedziano tam jeszcze o zawarciu przymierza. Papież zaklinał i nakazywał. Legat jego znalazł się w najprzykrzejszem położeniu, bo na niego wina doznanego zawodu spaść miała.
Król Władysław, szlachetny i prawy, młodzian wychowany religijnie, nie mógł łamać złożonej przysięgi — była ona dla niego świętą. Ale Cesarini był przebiegłym, napastliwym, namiętnym i miał za sobą władzę stolicy apostolskiej, która prawo wiązania i rozwiązywania dzierżyła. Począł tedy głosić, iż przysięga była nieważna, że on w imieniu papieża może rozgrzeszyć króla za jej niedotrzymanie, że teraz albo nigdy należy cios ostatni zadać Turkom.
Żeby młodziana, który się opierał, zmusić niejako do uległości, Cesarini bardzo zręcznie wyjednał za wczasu od całego duchowieństwa, panów, starszyzny i wodzów podpisy i zobowiązania, ze gotowi są prowadzić wojnę — pomimo przysięgi. Król zostawał sam jeden.
Legat za zasadę stawił, że niewiernym nie ma obowiązku dotrzymywać przysiąg i słowa; dowodził, że Turcy sami złamali umowy, bo zamków, które oddać mieli, w oznaczonym czasie nie oddali. Wszystko to było skierowane do przekonania Władysława, że nie miał obowiązku dochować wiary poganom.
Grzegorz z Sanoka, jeden z najznamienitszych mężów, jakich ta epoka wydała, nauką i rozumem przerastający współczesnych, kapelan i spowiednik króla, napróżno stawał przeciw Cesariniemu, głosząc, iż przysięg zawsze i wszystkim dochowywać należy. Kardynał miał w pomoc sobie dziekana Lasockiego i innych ze dworu, którzy go popierali. Młodzież rycerska pragnęła wojny. Król Władysław wierny słowu znalazł się ze swym Grzegorzem z Sanoka osamotnionym — wszyscy byli przeciw niemu.
Przewidzieć było łatwo, iż młody, żądny sławy i boju, podniecany, przez władzę stolicy apostolskiej zagrożony, — musi w końcu uledz naleganiom. Jakoż zwyciężył zręczny Cesarini. Władysław — piszą współcześni — gorzkiemi łzami opłakując dolę swoją, rzucił się w bój rozpaczliwy.
Od pierwszego przestąpienia granicy węgierskiej król był ofiarą; okrzyczano go za przywłaszczyciela, kazano się dobijać korony, której nie pragnął, teraz czyniono go krzywoprzysięzcą.
Wyprawę postanowiono. Tymczasem obiecywane posiłki z Europy chybiły; siły, które się gromadzić miały, nie nadeszły. Wyruszono z niedostatecznemi półkami, ale z męztwem wielkiem. Po drodze już wojewoda wołoski ciągnącego króla przestrzegał, że sułtan na łowy z większym ludem wyjeżdża niżeli król na tę wojnę. Nic to nie pomogło. Przeszłe zwycięztwa upajały; Cesarini, Hunyady, król wierzyli w cud, w szczęście i męztwo własne.
Z razu też szło dosyć pomyślnie. Poddawały się zameczki, Turcy uchodzić się zdawali. Ale Genueńczycy i Wenetowie, którzy mieli z flottą stanąć na morzu, aby Turków z Azyi nie przepuścić do Europy — poczęli rozłakomieni sami ich przewozić, biorąc po czerwonym złotym od głowy. Tak wojska Władysława, osaczone powoli przez dybiących na nich dokoła Turków — przyciągnęły pod Warnę.
W jednej z przeszłych potyczek i w pochodzie namulawszy sobie nogę, król zaledwie w dniu bitwy mógł dosiąść konia.
Pod murami twierdzy przyszło do stanowczej rozprawy.
Jak przewidzieć było można, młody bohater ze swą drużyną polską, w towarzystwie Tarnowskich i Zawiszów, rzucił się tam, gdzie najzajadlejsza wrzała walka. Hunyady zaklinał go, aby ustąpił z pola — mógł się ratować łatwo. Odparł mu: że woli zginąć niż uchodzić.
Otoczony przez Turków padł król. Ucięto natychmiast mu głowę, którą na kopii zatkniętą z tryumfem obnoszono po obozie. Porażka była straszna, straty ogromne. Hunyady zdołał się ocalić. Kardynał Cesarini, który też był osobą swoją w boju, obok króla, na czele słabego półku krzyżowców, potrafił ujść ku Dunajowi. Tam, gdy przewożący przez rzekę pieniądze przy nim zobaczył, zamordował go. Z obozu króla duchowni tylko i niektórzy ocaleli pisarze.
Tak zginął śmiercią bohaterską młody, największych nadziei mąż, okryty już chwałą, przez ludzi lekkomyślnych a zarozumiałych ofiarą ich niewczesnej gorliwości uczyniony.
Z niewielu tych rysów, które z krótkiego życia jego pozostały, wnosić można, iż dojrzewając, byłby urósł na męża znakomitego. Pobożny, szlachetny, niepragnący władzy, szczodry, łagodny, przebaczający, Władysław spotwarzany przez przyjaciół Pogrobowca, okrzyczany przywłaszczycielem, w istocie był ideałem młodego rycerza chrześciańskiego.
Padł ofiarą zbytniej dobroci. Nie miał siły oprzeć się tym, którzy do niego w imię wielkich interesów wiary i ludzkości przemawiali.
Posłuszny najprzód matce, która nad nim wielką posiadała władzę, Oleśnickiemu, później Hunyademu, Cesariniemu, głosowi tłumów — dał się poprowadzić pod chorągiew Krzyża na śmierć... Grzegorz z Sanoka widywał go płaczącego, gdy przysięgę łamać musiał.
Najszczęśliwszą dla niego chwilą było, gdy z wdową po Albercie mógł się pojednać. Śmierć jej wkrótce mu i tę pociechę odebrała. Przed koronacyą w Budzie, napotykając przykre trudności, błagał, aby mu dozwolono zrzec się korony. Gdy przeciwników jego magnaci węgierscy śmiercią koniecznie karać chcieli, stanowczo wyrzekł, że korony krwią zmazanej na skroń nie włoży. Wszystkich nieprzyjaciół swoich pochwytanych, pobranych w jeństwo, puścił na wolność.
Pięknem, przeczystem światłem jaśnieje ta postać młodocianego rycerza. Długosz, nieżyczliwy Jagiellonom, głucho coś przebąkiwa, że na dworze Władysława młodzież sobie zbyt wiele pozwalała, że rozpasanie było ogromne. Zdaje się, że tym sposobem chciał klęskę warneńską usprawiedliwić jako karę bożą za ów szał młodzieńczy, o który jednak samego króla nie obwinia.
W dziejach owego czasu sens moralny jest myślą przewodnią, a gdzie go wątek nie dostarcza, pisarz moralista tworzy to, czemby mógł klęski tłómaczyć. Tak samo, jak nierównie bystrzej widzący Grzegorz z Sanoka złamanej przysiędze przypisywał nieszczęście, Długosz je uważa za ukaranie swawoli.
Z powierzchowności, jak z wielu innych przymiotów, Władysław miał być podobny do ojca. Ci, którzy go koniecznie czernić chcieli, jak Eneasz Silvius, mówią o nim, że z twarzy był brzydkim, gdy nasi kronikarze przeciwnie twierdzą: „Urody był średniej, czarnych włosów i oczu, wdzięczny w wejrzeniu, śniadej płci i oblicza. Mierny w jedzeniu i piciu, cierpliwy we wszystkiem; nie wadziło mu zimno jak gorąco. Był pan swobodny, miłosierny i dziwnie nabożny.“ (Bielski.)
W zgon Warneńczyka, czego nikt z Polaków żywym świadkiem po walce nie był, bo ci, którzy z nim walczyli, wszyscy polegli, — długo uwierzyć nie chciano. Spodziewano się ocalenia, cudu, głoszono powrót, znaleźli się nawet samozwańcy...
Na pieczęci podobnej do Jagiełłowej, Władysław wyobrażony siedzący na tronie, z berłem i jabłkiem, twarz z bródką i wąsem długim. Do koła baldachimu ozdoby. (Rytował Kielesiński.)
Na drzeworytach wyobrażony na koniu; u nóg ma chorągiew z księżycem, miecz podniesiony do góry, kopię i tarczę, u kopii proporczyk z krzyżem. Opis dukata Warneńczyka w „Bibl. Warsz.“ 1849 Maj.
Szabla, która miała być własnością Warneńczyka, ofiarowana została do zbrojowni w Carskiem Siole w r. 1836, przez hospodara Sturdzę. Klinga bez żadnego napisu, na rękojeści kościanej ma wyrytego orła białego z krzyżem na piersiach. Autentyczność wątpliwa.
Nagrobek znajduje się w Wiedniu u św. Szczepana po lewej stronie w kaplicy, z lewej strony ołtarza św. Antoniego; pomnik marmurowy, wielkości naturalnej, w płaskorzeźbie. Głowa spoczywa na wezgłowiu; na skrajach marmur czerwony, z napisem gotyckiemi głoskami: „Anno Dni MCCCCXLIIII sc-da mensis Junii. O. Reverendiss. in X-to P. etc. III-mus Princeps ac Dnus Dnus Aleksander Dei gratia S. R. E. Cardinalis Patriarcha Aquil. Administr. Ecclae Trident. Dux Masoviae, cujus a-a vivat Deo.“
Twarz królewska młoda, lewa ręka spuszczona niżej piersi, ubrany w ornat, prawa ręka podniesiona, błogosławiąca. Niżej u kolan cztery tarcze herbowe z orłami jednogłowemi.
Aleksander mazowiecki, który ten pomnik zbudował, był proboszczem św. Szczepana, siódmym z rzędu od roku 1442.

separator poziomy


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.