Wierutna bajka

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Chryzostom Zachariasiewicz
Tytuł Wierutna bajka
Pochodzenie Wybór pism Jana Zacharyasiewicza
Wydawca G. Gebethner i Spółka
Data wydania 1888
Druk S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło skan na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
WIERUTNA BAJKA.
przez
Jana Zacharyasiewicza.

W pewnym gościnnym dworze, położonym o kilkanaście mil od Warszawy, zgromadziło się na uroczystość domową bardzo liczne towarzystwo.
Dzień był ciepły i pogodny, jeden z tych prawdziwie pięknych dni, jakiemi nas tak skąpo obdarza jesień. Niebo bylo czyste, a powietrze napełnione tą smaczną wonią, jaką wydają dojrzewające jesienne owoce.
Towarzystwo podzieliło się na różne grupy. Jedni przechadzali się po ogrodzie, bawiąc się rozmową drudzy formowali oddziean orszak i rozkoszowali w dymie papierosików.
W końcu alei połączyły się dwie grupy i zajęły rozkoszną altanę, ocienioną winogradem. Rozmowa ożywiła się teraz i przeszła wkrótce w formalne rozprawy.
— Nie mogę tego pojąć — ozwała się mała, okrągła, nadzwyczaj ruchliwa szatynka z gorsem mocno wyciętym, — ani sobie wytłumaczyć nie mogę, jak można smakować w dymie z cygar!
—- Nie zadziwia mnie to wcale — odparła Otylia, panna pełnoletnia z papierosikiem w ustach, w błękitnéj sukni z białemi koronkami.
— Dla czego to pani nie zadziwia? - podjęła pierwsza.
— Przychodzącym na świat rozdaje Pan Bóg różne gusta — odparła Otylia, puszczając błękitne kółka z różowych usteczek, to téż gusta te różnią nas między sobą. Inaczej źleby bardzo było na świecie.
— Gdyby naprzykład mnie i innym podobał się pan Filip! — odcięła szatynka.
Usłyszawszy słowa „pan Filip,“ zarumieniła się Otylia, spuściła oczy i rzekła:
— Mówiłam o gustach bez żadnej przenośni, po prostu o smaku. Pani naprzykład nie lubisz sinego dymku z papierosika, za to lubisz pani namiętnie pieczeń huzarską z cebulą i kotlety baranie z czosnkiem. Ja zaś nie lubię ani czosnku ani cebuli, więc wolno mi za to smakować w dymie z papierosika! Cóż, czy nie słusznie?
Szatynka poczerwieniała, spuściła oczy i odparła:
— Trąci to zawsze emancypacyą!
Rozśmiała się na całe gardło Otylia, i wydmuchnęła całą chmurą sinego dymku.
— Emancypacya, emancypacya! — zawołała po chwili, to słowo jest dzisiaj tak oklepane i sponiewierane, że trudno nawet coś na seryo o niém powiedzieć.
Powstał szmer a towarzystwo w altanie podzieliło się na kilka kółek, które żywo zaczęły się z sobą sprzeczać. Jedni byli za Otylią, inni wzięli w obronę szatynkę.
Na przeciwnym krańcu siedziały poważne kobiety i rozmawiały między sobą półgłosem.
— Czy widziałaś pani, jak Otylia spłonęła, gdy usłyszala imię „Filip“? — ozwała się brunatna parasolka.
— A któż jest ten pan Filip? — zapytała sąsiadka.
— Ten wysoki blondyn o długiéj, opalonéj twarzy. Jest to chłopiec bogaty, tylko trochę dziki jeszcze. Całą jego zabawą jest koń, chart, strzelba i pistolet!
— Czy o nią konkuruje?
— Tego tak bardzo nie widać; zdaje się, że wiecéj ona stara się o niego!
Po tych słowach, wypowiedzianych na ubocznéj ławeczce słychać było znowu glos Otylii:
— Panie macie wyobrażenia odwieczne. Kobiecie wolno tylko siedzieć, jak ongi, we framudze i prząść kądziel. Do niczego nie ma nosa wtrącać i patrzyć tylko, aby mąż miał całą koszulę! — Cóż to, czyż kobieta nie ma serca, krwi i głowy.
— O ma, niezawodnie, — odparł szpakowaty jegomość, — wygadała — się z tém dosyć niedyskretnie pani Georges Sand!
— Zdaje mi się, że nie jestem między maruderami! — odfuknęła sąsiadowi Otylia.
— W jaki to sposób pani pojmujesz? — zapytał drugi sąsiad o czarniawych włosach.
Otylia rzuciła na jego włosy okiem wyzywającém, wytrzymała go tak chwil kilka pod tym ogniem kartaczowym, a gdy stary kawaler już siniéć zaczął, uśmiechnęła się i rzekła:
— Nie jestem wcale między maruderami, i bardzo przepraszam, jeśli kto wziął to do siebie. Wprawdzie, jak twierdzi pan Mateusz, mają tam gdzieś być marudery i maruderki zapatrywania się na świat pani Georges Sand, ale ja należę do pierwszéj kolumny, która z Ameryki i Anglii ku nam maszeruje!
— Uchowaj nas Boże od téj czarnéj bandy — szepnęła brunatna parasolka do sąsiadki.
— Tak jest, — prawiła daléj Otylia, — pierwsza kolumna jest już między nami — a nawet pisma nasze głoszą jéj program zbawienny!
— Jakiż to program! — Rozszerzyć zakres dotąd przyzwolony kobiecie, mierzyć się z mężczyzną na polu wielkiéj pracy i nauki, zdobyć sobie równe prawa polityczne i towarzyskie.
— Jakto, i konkurować o męża? — zawołał ze strachem kawaler o czarniawych włosach.
Otylia zatrzymała się chwilę, spojrzała po całém towarzystwie i rzekła:
— Konkurować o męża? Dla czegoż nie? Zkądże to prawo, aby tylko mężczyzna wybierał? Kobieta ma być rzeczą nieruchomą, i czekać aż się ktoś zlituje?...
— Sapristie! — krzyknął stary kawaler, i odsunął się na róg ławki.
Zabrała głos poważna, brunatna parasolka:
— Nie wątpię, że na podobnéj reformie obyczajów zyskałaby statystyka małżeństw. Ale czy kobietaby na tém zyskała, o tém wątpię. Cały urok kobiety na tém zależy, że jest słabą, wątłą istotą, potrzebującą opieki mężczyzny.
— To zwykły głos każdego konserwatyzmu, tego pierworodnego grzechu zgrzybiałéj Europy! — odparła Otylia. — Kobieta w Europie nie chce nic zdobywać, przeciwnie, pragnie gorąco, aby była zdobytą. Ale cóż robić, jeśli z każdym dniem mniéj jest zdobywców?
Przyszedł powoli do siebie stary kawaler o czarniawych włosach, przysunął się bliżéj na ławce i rzekł:
— Cóż nam z fortec zdobytych, jeśli fortece niedotrzymują kapitulacyi?
W téj chwili od szarego końca niemych spektatorów dał się słyszéć stuk naciąganego kurka. Wszyscy zwrócili głowy w te strony.
Pan Filip stał pod słupem altany i trzymał w ręku rewolwer. Koło niego było kółko mężczyzn, którzy przed godziną zaproponowali Filipowi strzelanie do celu. Pan Filip, który jako myśliwy i zawołany amator broni nigdy nie był bez strzelby, pistoletu lub rewolweru, dał naciąganiem kurka hasło przyjaciołom, że już czas strzelać do celu.
Tym sposobem zeszedł się nagle rewolwer ze wspomnioną niedawno fortecą i dał nowy wątek do wyczerpującéj się już rozmowy.
— Brawo! — zawołał łysy jegomość, — zaledwie wspomnieliśmy o fortecy, pan Filip zaraz wziął broń do ręki! Niech żyje pan Filip, zdobywca fortec niezdobytych!
— Jeżeli już mowa o fortecach i odwadze, możebyśmy zabawili się w fortecę! — zawołal ktoś z tłumu.
— Brawo! brawo! — zawołali mężczyzni.
— Brawo! — dorzuciła złośliwym głosikiem szatynka!
— Panna Otylia. będzie fortecą, a pan Filip zdobywcą! — zawolał stary kawaler.
— Hej, podajże asa coeur? Bolko, ty masz zawsze karty przy sobie! — wołali inni.
— Na co wam as cour? zapytał Bolko, wyjmując z kieszeni żądaną kartę.
— Panna Otylia będzie fortecą. Stanie o dziesięć kroków i w ręku trzymać będzie asa coeur!
— Brawo! brawo! A pan Filip wystrzeli asa — zdobędzie fortecę!
I zaczęli wszyscy przyklaskiwać téj myśli genialnej. Jedni czynili to, aby się czémś zabawić, drudzy lekkomyślnie chcieli na seryo takiéj owacyi; większa zaś część, a mianowicie kobiety, wzięła to wszystko za żart, który żadnego złego skutku nie odniesie.
Panna Otylia poczerwieniała, zacisnęła usta i długiém spojrzeniem obrzuciła pana Filipa. Potém zbliżyła się do Bolka, wzięła mu z ręki kartę, odmierzyla z zimną krwią dziesięć kroków i stanęła spokojnie pod starą gruszą.
Podnosząc asa coeur do góry, rzekła pewnym głosem:
— Panie Filipie! Jestem gotowa!
Pan Filip postąpił kilka kroków ku niéj. Naciągając kurek, rzekł półgłosem:
— Więc pani się odważasz?
— Dla pana.., czy raczéj panu zaufam! A gdyby inaczéj zawyrokowały Nieba, to z ręki pańskiéj...
— Oblicz się pani ze swoją odwagą i z siłami.
— Zrobiłam dawno rachunek. Pan powinieneś był tego się domyśléć! — Kurek trzasnął fatalnie na drugi spust.
Wszyscy ciekawi byli na zakończenie dramatu. Ale wszyscy mieli uśmiech na twarzy, bo wszyscy wierzyli, że to był żart tylko.
Tymczasem stała Otylia pod gruszą i wyglądała prześlicznie. Przypominała ową rozczulającą scenę z Wilhelma Tella. Tam było jabłko celem strzały, a tu pod pozorem karty chodziło może także o jabłko, ale o jabłko Parysa!
Wreszcie nastała chwila milczenia.
Pan Filip zmierzył... mierzył... mierzył i... strzelił.
Krzyk rozległ się w altanie przeraźliwy — siedm kobiet zemdlało. Zostały tylko dwie więcéj przytomne. Jedna była głucha, druga prawie niewidoma.
Siny dym rozszedł się po ogrodzie. Otylia stała! spokojna i ani powieką nie drgnęła! W ręku trzymała kartę z wystrzelonym asem!
Podeszła ku panu Filipowi a podając mu kartę z uśmiechem zapytała:
— Cobyś pan uczynił, gdybym była zemdlała?
— Byłbym ukląkł i oświadczył się o rękę pani! — odpowiedział spokojnie pan Filip.
— A teraz, gdym ani okiem drgnęła.
— Zapiszę sobie w pamięci tę chwilę. Gdy będę formował pułk huzarów, to niezawodnie powołam panią na rotmistrza?
Dziwna rzecz! Natura ludzka jest tak zepsutą, że jeden ten dosyć złośliwy koncept pana Filipa wystarczył, aby siedm kobiet przywołać do przytomności i całemu towarzystwu przywrócić, wesołość spłoszoną wystrzałem.
Tylko panna Otylia była smutna i zamyślona. Oparła się o słup altany i patrzała przed siebie, jakby nieprzytomna.
Wtem nagle pobladła, krzyknęła i upadła!
— Zemdlała! zemdlała! Wody! — krzyknęli wszyscy.
Pan Filip najpierwszy przyskoczył do niéj. Podniósł z ziemi i coś jej szepnął do ucha.
Otylia otworzył oczy...
Mówią, że pan Filip oświadczył się. Ale ma to być jeszcze tajemnicą!




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Chryzostom Zachariasiewicz.