Wieki katakombowe/Odczyt I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieki katakombowe
Podtytuł Odczyty w Dreznie
Pochodzenie Kronika Rodzinna, 1868 nr 17—18
Wydawca Aleksandra Borkowska
Data wydania 1868
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ODCZYT I.

Podróżny, który po raz pierwszy zbliża się do wiecznego miasta i zdala wita nad niém kopułę Ś. Piotra, gdy przebędzie umarłą kampaniję, otaczającą je milczeniem, i pustynię, któréj gościńce znaczą na pół rozwalone groby; gdy zbłąka się potém w pośród ruin niezmiernéj potęgi, rozsypanéj w proch i gruzy; mimowolnie uczuje się pociągnionym naprzód ku kolebce chrześcijaństwa, ku wielkiemu cmentarzysku męczenników. Stolica tego państwa rzymskiego, które miało posłannictwo podbojami swemi i cywilizacją przygotować rolę nowéj epoce, zajmuje dziś zarówno może więcéj śladami pozostałemi po narodzinach wielkiéj ery chrześcijańskiéj, niż pamiątkami swéj własnéj dawnéj wielkości. Rzym pogański jest dla nas tylko pracownikiem, który usłał łoże na wielkie gody Bożéj uczty braterstwa i swobody. Dwie epoki najświetniejszego rozkwitu pogaństwa i cudownego powstania Chrystusowego świata, tu się stykają z sobą i łączą. Punkt, w którym one się schodzą, jest największego zajęcia dla dziejów człowieka. Nigdy na podsciole takiego zepsucia nie wykwitł jeszcze kwiat tak wonny i czysty. Historja ta pełna cudów, dziś jeszcze jest żywą, jakby się odbyła wczoraj; każdy czuje ją swą własną; lecz dotąd jest ona jeszcze pełną tajemnic. Mimo prac znakomitych na tém polu, owe narodziny chrześcijaństwa są jeszcze z wielu względów nieprzebitą mgłą pokryte. Suchą formułą zwyczajnych lat żywota ludzkiego téj epoki cudów wytłómaczyć nie można. Rzym, jeśli nie dał życia chrześcijaństwu, pierwsze jego widział brzaski, i był kolebką tego bożego dziecięcia; on je wykołysał na swém łonie, krwią męczenników napoił, wykarmił wszystkiém szlachetném, co jeszcze pod skorupą pogańską niezepsute pozostało.
Jakkolwiek nagłém jest przejście z pogańskiego rozprzężenia i zepsucia, do obyczajowego i religijnego odrodzenia, nie jest ono całkiem nieprzygotowaném ani niespodziewaném. Wiemy, że oddawna przeczucie przyjścia posłannika Bożego, który miał świat stworzyć nowy, odzywało się w wieszczach i w prorokach, — i w téj ogólnéj tęsknocie i oczekiwaniu, które były uznaniem, że to, co istniało, trwać nie mogło.
Wśród powszechnego wyuzdania i upadku; wśród swawoli, nietylko obyczajowéj, ale zarazem filozoficznéj; wśród niewiary we wszystko; szlachetniejsze umysły zgadywały już niejako nowy, mający przyjść rzeczy porządek. Dziwić się nie potrzeba, że nauczyciel Nerona, Seneka, uchodzić może za ucznia i tajemnego zwolennika Ś. Pawła, gdy Tacyt, nieznający chrześcijan, nienawidzący ich i niechętny, całym swojéj historji tokiem, cóż innego dowodzi nad to, że czuł i widział upadek swojego czasu?
Sławny ów wiersz Wirgiliuszowy, zapowiadający narodzenie nowego porządku, nowego świata, czyni autora Eneidy prawie prorokiem, razem z Sybillijskiemi dziewicami. Rozpatrując się w ostatnich czasach dogorywającego i szalejącego stypą pogaństwa, pełno tam ujrzymy tych znamion oczekiwania lepszéj przyszłości. Świat cały przeczuwa, pragnie, spodziewa się; ale zamiast potężnego władzcy, którego, wedle pojęć ówczesnych, oczekiwano; zamiast podbojów i zwycięztw; ta era odrodzenia rozpoczęła się cale różnie, z głębin społecznych, od bezsilnych na pozór, ubogich i prześladowanych, podnosząc się na opanowanie społeczności i świata. Reformy téj nie dokonał ani władzca, ani filozof, ani mąż z panującego naówczas narodu i języka; ale z plemienia wzgardzonego, urodzony w ubóstwie, posłannik Boży, który żywym czynem i słowem obalił pogaństwo. Ten cud dziejowy, jest jeszcze do dziś dnia, czém był od początku — cudem.
Zestawiając epokę, w któréj on się odbywał, obyczaje, filozofię, charakter jéj, z tém, co przynosiło chrześcijaństwo, jeszcze jaskrawszą widzimy różnicę, jeszcze potężniejszą wydaje się owa wielka zmiana i zwrót idei, pojęć, moralności.
Przypomniawszy Tacyta i Swetoniusza, i obraz tych czasów, jaki dają pozostałe po nich pomniki, zaledwie pojąć możemy, jak z téj zgnilizny i próchna, mogło wyjść społeczeństwo tak święte, czyste i wielkie, jakiém było pierwotne chrześcijaństwo.
Oprócz nauki saméj, słowa tego Bożego, którego siła była niezłomną; wielkiém narzędziem i dzwignią odrodzenia, było prześladowanie nowéj nauki.
Tak jest! ono dało jéj siłę; krwią męczenników najpotężniéj urosło chrześcijaństwo.
I w tym Rzymie różnorodnych pamiątek, gdzie na Romulusowych podstawach, stosy gruzów po Cezarach porastają chwastami; gdzie ruiny rosną na ruinach; chrześcijanin szuka przedewszystkiém śladów kolebki swéj — i chciwie wdziera się w czarne podziemia Katakomb. Są one najlepszą kartą wielkiego martyologu pierwszych czterech wieków, które innéj nad tę grobową i krwawą historję nie mają.
Upakarzającém to jest dla człowieka, że przez bardzo długi przeciąg czasu, od najazdów Lombardów i Saracenów do końca niemal XVI wieku, te cmentarze podziemne, te kościoły uświęcone modłami pierwszych chrześcijan, prawie zapomnianemi zostały.
Zatarła się była nawet pamięć miejscowości, w jakich się one znajdowały, choć znaczna część Rzymu cała jest niemi podkopaną; potrzeba było, jak zawsze, wypadku, osypania się ziemi, zapadnięcia sklepień, aby te pieczary zwróciły uwagę pobożnych i znalazły swego Kolumba, który odkryciu ich, zbadaniu, opisowi całe swe życie poświęcił.
Dzisiaj są one już odrysowane, odmalowane, przeszukane i lepiéj znane niż kiedykolwiek. Lecz przez całe długie wieki ledwie o nich głucha wieść chodziła. Chrześcijaństwo pamiętało o krwawych swych pamiątkach, tradycje się utrzymały, ale nie były poparte żywém świadectwem pomników. Można też powiedzieć że życie pierwszych chrześcijan, organizacja społeczeństwa, jego cnoty, charakter, dopiero rozpatrzeniem się w ścianach katakomb, lepiéj poznane i ocenione zostały. Wiadomo, jak wprędce po wielkiéj ofierze, na Golgocie spełnionéj, wiara chrześcijańska przeszła do żyjących w Rzymie izraelitów, a przez nich do pogan. Wprędce téż spotkało nową wiarę prześladowanie, naprzód na téj ziemi, na któréj się ona zrodziła, późniéj w ówczesnéj stolicy świata.
Po męczeństwie, dopełnioném na Synu Bożym, nieprzerwanym szeregiem następowały po sobie coraz nowe. Pierwszym, który padł ofiarą, był Ś. Szczepan, ukamienowany przez dawnych współwyznawców. Śmierć jego zdała się jakby pragnienie krwi rozżarzać. W Palestynie i krajach sąsiednich mnóstwo chrześcijan rzucono do więzień. Kapłani Synagogi i władza świecka łączyli się na najokrutniejsze ich ściganie. Ucisk był z razu tak przerażający, że wierni rozsypać się musieli po Judei i Samaryi; inni przeszli do Fenicji, do Syryjskich miast, na wyspę Cypr. Wkrótce po cudowném nawróceniu Ś. Pawła, który ze srogiego prześladowcy, stał się gorliwym zwolennikiem nowéj wiary, skończyło się prześladowanie w Judei.
Pokój trwał do panowania Klaudiuszowego. Około tego czasu, wskrzesił ucisk Herod Agrippa, który sciąć kazał Jakóba, brata Jana, a Ś. Piotra uwięził. Od śmierci Jakóba nie mamy wprawdzie imion męczenników aż do drugiego Jakóba, biskupa Jerozolimskiego; jednakże namiętności były rozgorzałe. Prześladowanie istniało i objawiało się wybuchami, jak uwięzienie i skazanie Ś. Pawła.
Ale to, co się działo w Jerozolimie, było cale innego znaczenia i rozmiaru, niż wkrótce mające nastąpić okrutne prześladowanie rzymskie... w którém Rzym sam występował z całą swą potęgą przeciw Chrystusowym dzieciom. Potwarz poprzedzić musiała ucisk, jedno nie idzie bez drugiego; naprzód zbezcześcić trzeba ofiarę, aby ją potém poświęcić. Najdziksze téż wieści rozchodziły się o nowéj wierze, którą malowano jako bezbożną, swawolną, zaprzeczającą istnieniu bogów. Wiadomo jak ściśle wiara pogan łączyła się z ich bytem społecznym; Cezar, najwyższy urzędnik, był zarazem Arcykapłanem; należał zwykle do stowarzyszeń religijnych — do kollegiów kapłańskich; targnąć się na wiarę, było to stać się winnym zdrady kraju. Panteizm rzymski nie wzdragał się przyjęcia cudzych bogów do swego Panteonu; ale bogowie rzymscy panować musieli bogom przybyszom. Probowano Chrystusa postawić na równi z innymi ubóstwionymi. Alexander Severus do bogów swych domowych dołączył go, kładąc obok Abrahama, Orfeusza i Apolloniusza z Tyany; ale chrześcianie z zasady nie mogli dopuścić, aby prawdziwego i jedynego Boga, kładziono na równi z fałszywemi; ich Bóg nie mógł stanąć na ołtarzu obok innych; on wydawał wojnę wszystkim; dla tego téż pogaństwo, zagrożoném się czując, powstało przeciwko chrześcijanom. Instynkt zachowawczy tego upadającego i czującego swą zgubę pogaństwa, wiódł je do walki rozpaczliwéj, w któréj wszystko zdawało się być po jego stronie; siła, władza, bogactwo, wojsko, i ślepota tłuszczy zfanatyzowanéj, która była jego narzędziem. Tacyt wspomina o kilku wypadkach nawróconych osób, rozmaicie sądzonych, a niewątpliwie obwinionych o przyjęcie chrześcijaństwa. Cząstkowe prześladowania wszakże nie miały tego znaczenia, co późniejsze łowy na chrześcijan, ściganie ich tłumami, potępianie bez sądu, pastwienie się nad nimi okrutnie.
Pierwszém tego rodzaju było wielkie Neronowe prześladowanie, po owym pożarze Rzymu, niewątpliwie przez niego samego i jego zauszników podłożonym. Nero chciał zburzyć Rzym i na jego miejscu wznieść stolicę nową, któréjby mógł dać swe imie Neropolis. Widać to z Tacyta, widać ze wszystkich, jakie nas doszły, opisów strasznéj pożogi. Mijając już ową powieść, że Nero z wierzchołka wieży na Palatynie opiewał zburzenie Troi, patrząc na swą stolicę w płomieniach; rozporządzenia późniejsze jego dowodzą, dowodzi rozwalanie reszt niedogorzałych przez jego służalców, że chciał tego zniszczenia, pragnął być Romulusem nowym.
Ale lud począł szemrać, klęska wywołała tak ogólne narzekanie, iż potrzeba było owego podpalenia winę zrzucić na kogoś. Przypisano ją chrześcijanom. Każdy wiek ma swe ofiary, na których barki rzuca wszystko, co mu cięży. Pierwsze prześladowanie przeszło okrucieństwem wiele innych i godném było imienia sprawcy. Tacyt je opisał; większa część chrześcijan pookręcanych, pooblewanych smołą, paliła się w męczarniach niewysłowionych w ogrodach Nerona na Watykanie, służąc za pochodnie ludowi, który się z nich najgrawał; inni poodziewani w skóry zwierząt, oddani byli psom rozjuszonym na pożarcie. Tradycja Kościoła święci pamięć tych ofiar, których imiona nie doszły do nas, w dniu 24 Czerwca — był to więc wieczór wiosenny.
Następnego roku przypada śmierć SS. Piotra i Pawła (65 po Chr.) Nowsza krytyka usiłowała, jak wszelkie krytyki, dowieść że to prześladowanie nie rozciągnęło się po za granice Rzymu; jednakże w tymże czasie w Medjolanie, w Ravennie, w Akwilei, w Saragossie, spotykamy męczenników, i pierwszą męczennicę — kobiétę, Ś. Teklę.
Neronowe okrucieństwo otwarło wrota następnym — wskazało drogę. Najdziksi ludzie i epoki nużą się krwi przelewem. Ustępowało więc owo prześladowanie chwilami; chrześcijaństwo używało folgi i spokoju; aż znowu pod najbłahszym pozorem, gdy trzeba było odwrócić uwagę i nasycić namiętności tłumu, chwytano się tego środka; lud, który powtarza rzucone słowo, wołał: „Chrześcijan lwom! Chrześcijan dzikim zwierzętom!”
Drugiém, po Nerona, jest ściganie Domicjana, jego naśladowcy, którego Juwenalis i Ś. Tertulian przydomkiem Nerona piętnują. Domicjan nie tylko się pastwił nad niemi, ale wydał kilka przeciwko nim edyktów; uczynił ich wyraźniéj jeszcze nieprzyjaciołmi porządku publicznego i państwa. Padł pierwszą ofiarą krewny Cezara (brat stryjeczny), niegdyś konsularną piastujący godność, Flavius Clemens, a z nim wielu innych. Otóż w jakich warunkach żyjąc chrześcijanie, którym niewolno było ani ofiar spełniać publicznie, ani się na modlitwę zgromadzać, ani nauczać, ani przyznawać do swego Boga, musieli dla zachowania wiary, któréj siewaczami byli, pomyśleć o schronieniu jéj i siebie. W początkach po domach patrycjuszów, jak u Pudensa naprzykład Apostołowie, odprawiali ofiary, tajemnie sciągali współwyznawców; późniéj, zbyt wielkiém poczęło to grozić niebezpieczeństwem. Rzym, jak wszystkie miasta wielkie, wznosił się na pieczarach, z których dobywano piasek i kamień potrzebny do jego budowy; te lochy podziemne i wyżłobienia byty przytułkiem ludzi najnędzniejszych, włóczęgów i rabusiów, zwano je Arenariae, jakby piaskowe doły.
Cycero mówi o młodzieńcu, który za bramą Eskwilińską, wciągnięty do Arenariów, został zabity, a Svetoniusz powiada, że Faon chciał w nich skryć Nerona, który się wnijść do tego grobu żywych wzdragał.
Nie ma wątpliwości, że pomysł pierwszy późniéj rozgałęzionych katakomb, wzięli chrześcjanie z arenariów owych, ale nie ma téż nic pewniejszego nad to, że katakomby są całe ich dziełem. Sam materjał, w którym są wyżłobione, po większéj części nie dozwala przypuścić, by z nich wydobywano materjał jaki; gdyż są wyżłobione w ziemi i kamieniu lekkim; a głębina ich utrudniała tak robotę, że się jéj tylko pobożność, a nie chęć zarobku podjąć mogła. Zresztą to ukrywanie się pod ziemią w chwilach wielkiego niebezpieczeństwa z najdroższym skarbem, z modlitwą, jest w naturze ludzkiéj. Katakomby Rzymskie nie są jedynemi; bardzo ciekawe również z pierwszéj epoki chrześcijaństwa znajdują się w Medjolanie, w Chiusi (Toskania), na Wschodzie w Antiochii, Cyprze, w Afryce, w Messynie, Syrakuzie, Malcie, w kilku miastach Hiszpanji, w Galii, i na brzegach Renu. Do nich téż zaliczyć można i krypty Kijowskie; pieczary, w których przed chrztem Rusi, pobożni anachoreci odprawiali modlitwy, wiedli życie pustelnicze, i razem składali ciało w grobach, przez siebie wcześnie przygotowanych. Neapolitańskie katakomby, których tylko część dzisiaj jest widoczną w kościele Ś. Genaro dei Poveri, są nawet obszerniejsze, wspanialsze od Rzymskich. Głównie były to cmentarze. Cześć dla zmarłych w Panu, dla męczenników, usiłowała choćby szczątki ich ciał, mających zmartwychwstać w dzień sądu, ocalić od zagłady i rozproszenia. U pogan, groby uciekały w pola, otaczały drogi; łapały przechodniów aby umarli z pamięci nie wyszli; duchom, marom, stawiano gmachy, sprawiano uczty; stosownie do pojęć chrześcijańskich, umarli w Bogu, a wedle wyrażenia katakombowych napisów, ci co w Panu usnęli, gromadzili się około kościoła. Ołtarz stawał na grobie męczennika, który życiem wiarę wyznał (confessio). Wyraz cmentarz, κοιμητήριον, jest czysto chrześcijański; u pogan nie było cmentarzów, ani tego gromadzenia się po śmierci, bo i za życia nie było braterstwa i wspólności między ludźmi. Co do słowa wyraz ten oznacza sypialnią, a często w pierwszych wiekach dormitorium, przekład łaciński, używa się za wyraz z greckiego przerobiony. W napisach na grobach, ta myśl, że śmierć jest snem przechodzącym, powtarza się często bardzo; zasnął w Panu — spoczywa wpokoju, In pace.
Zwyczaj ten grzebania ciał pod kościołem, w kościołach, gromadnie, sięga najdalszych wieków, ale jest wyłącznie chrześcijański.
W czasach prześladowania musiano głęboko ukrywać się w łonie ziemi. Około drogich szczątków męczenników i wyznawców, skupiała się modlitwa, łączyła z nią ofiara, ucisk zmuszał uchodzić; tak do katakomb i grobu zstąpił Kościół i całe niemal pierwszych chrześcijan życie. W czasie wielkich prześladowań, nie raz rozporządzenia Cezarów sięgały aż tych głębin; zasypywano pieczary, broniono do nich przystępu, skazywano na kary tych, co na cmentarze chodzili. Tak wzbronił zbiorowisk tych Walerjan, a Gallien na nowo dozwolił je. Dyoklecian i Maxymian znowu je odebrali, a Maxenciusz powrócił.
Katakomby rzymskie, o których tu głównie mówimy, powstały nieochybnie bardzo wcześnie; badacze miejscowi sądzą, że poprzedziły nawet męczeństwo Ś. Piotra; nigdzie nie ma śladu chrześcijańskich cmentarzów starszych nad nie; z wielu zaś względów co krok spotykamy dowody starożytności, przynajmniéj wielkiéj części tych pieczar.
Zdaje się że zaraz po pierwszém prześladowaniu Nerona, którego teatrem były ogrody jego na Watykanie, chrześcijanie ciała męczenników grzebać poczęli w tém samém wzgórzu Watykańskiém. Tu wkrótce potém, wedle tradycji, złożone było ciało Ś. Piotra, niedaleko od miejsca jego ukrzyżowania; niedaleko téż od pałacu Neronowego. Tu późniéj złożono zwłoki pierwszych jego następców, Ś. Lina i Kleta.
W téj saméj okolicy miasta, na drodze Aureljańską zwanéj, i o tym samym prawie czasie, w swoim domku i ogrodzie, matrona rzymska Lucyna, schroniła nawróconych stróżów więzienia Mamertyńskiego: Processa i Martyniana, i od ich ciał w tém miejscu drugi się cmentarz rozpoczął.
Oprócz tego, wedle świadectw wiarogodnych, nad drogą Salaria zwaną, cmentarz Ostieński założono jeszcze wcześniéj nieco. Chrześcijanie wielką cześć mieli dla męczenników, ich ciał i szczątków; wiadomo, że kobiéty pobożne, narażając się na największe niebezpieczeństwa, szły nocą gromadzić relikwje umęczonych, krew ich zbierać na chusty i gąbki; było i obowiązkiem Kościoła, wszystkich współbraci ciała pogrzebać i od profanacji zachować. Z liczbą rosnących męczenników, których obficie dostarczały pierwsze cztery wieki, powiększała się liczba cmentarzów tych podziemnych; potém pobożni, krewni, rodzina z ciała i z ducha, pod opieką świętych spoczywać chciała. Cisnęli się tam wszyscy, niechcąc z pogany spoczywać. Wkopywano się więc coraz to głębiéj w ziemię, kilku piętrami jedno pod drugie...
W tych pierwszych czterech wiekach powstały wszystkie cmentarze, dziś znane i dotąd jeszcze nieodkryte. Wyjąwszy trzech nowych katakomb, w końcu pierwszéj połowy IV wieku założonych, grzebiono ciała w dawnych, rozszerzając je tylko. Gdy miejsc w scianach zabrakło, kładziono nieboszczyków pod stopy przechodzących, na samych drożynach. Historja katakomb, którą poprzedzi ich opis szczegółowy, jest z wielu względów ciekawą, choćby dla tego, że przez długi przeciąg czasy zapomnianemi być mogły. W IV i V wieku, z ustaniem prześladowań, katakomby otworzyły się niejako, upiękniły; porobiono do nich wygodniejsze wnijścia, ozdobiono je mozaikami, malowaniami, odświeżono powietrze, z głębin nad ziemię przerzynając tak zwane świetlniki, luminaria, i popodmurowywano grożące zawaleniem w wielu miejscach. Cześć dla pierwszych wiary wyznawców okalała ich groby pobożnością i przepychem, gromadziły się bogactwa. W VI wieku, wielce umiłowawszy katakomby, Jan III, zajął się ich poprawą i czas jakiś w jednéj z nich mieszkał (w Kat: Tyburcego i Walerjana).
Ale napady na Rzym, a szczególniéj zniszczenia i rabunek podziemiów przez Astaufa, króla Lombardów, zmieniły późniéj pierwotne starania i poczęto zamiast je zachowywać, ciała męczenników, w nich zawarte, przenosić do kościołów, sądząc je tam bezpieczniejszemi. Wiele z dawnych podziemiów, skutkiem łupieży barbarzyńców, całkiem się stały niedostępnemi i poniszczały.
Jednakże cześć dla grobów męczenników trwała zawsze; pobożni jak w pierwszych 3-ch wiekach, tak i późniéj odprawiali do nich pielgrzymki, Stacje, szczególniéj w dnie doroczne złożenia w grobie. Z całego świata chrześcijanie zbiegali się do téj kolebki wiary, mając spisy wskazujące i aniwersarze.
Po napadach Lombardów, Wandalów i Saracenów, gdy powynoszono relikwje do bazylik, katakomby zupełnie prawie zapomniane zostały przez kilka wieków, do XIII wieku przynajmniéj. Jedynie pieczary pod Watykanem i pod kościołem Ś. Sebestjana zwabiały jeszcze pobożnych. Ale z tych nie wiele nauczyć się było można. Od XIII do końca XVI wieku trwa o tych pieczarach niepojęte, upakarzające milczenie. Zaledwie drobne dają się odkryć ślady, że w XV i XVI wieku gdzie niegdzie odwiedzający się zapuszczali.
Około połowy XVI wieku, wspomnienie o cmentarzach tych budzi się wyczerpnięte z książek, z martyrologów, z regestrów; Panvinio liczy ich 43. ale żadnego z nich nie oglądał i nie badał. Inny starożytnik Dominikan Ciacconio w r. 1578 wypadkiem dostaje się przez osypany otwór do cmentarza Ś. Priscylli, na drodze Salaryjskiej. Ciacconio obszedł całe to podziemie i zebrał rysunki z malowań ściennych. Po nim Wingh, przyjaciel Ciacconia, młody człowiek, belgijczyk probował z zapałem wielkim, badać też samą część katakomb, ale śmierć rychła nie dozwoliła mu tych poszukiwań dokończyć.
Wszystko to jeszcze było mało znaczącém. Odkrycie katakomb, istotne ich poznanie głębsze, winniśmy niezmordowanéj gorliwości M. Bosio.
Bosio, rodem z Malty, z powołania prawnik, wysłany był do Rzymu jako ajent zakonu Maltańskiego przy dworze rzymskim. Człowiek ten życie swe poświęcił z miłością nadzwyczajną, z przejęciem się bezprzykładném, poszukiwaniom tym cmentarnym. Dosyć powiedzieć, że przez lat 35 prawie z nich nie wychodził.
Był to świat nowy, nieznany, pełen cudów, najdroższych pamiątek, najniespodziańszych objawień o starożytnych wiekach. Łatwo pojąć, że odkrycie jego musiało wstrząsnąć człowiekiem, w dziejach i nauce rozmiłowanym. Bosio wdarłszy się raz w głąb pieczar, zachęcony tém co w nich znajdował, poszukiwał coraz nowych, kopał, śledził i odkrywał, też skarby nieocenione. W tych poszukiwaniach prawie sam jeden, niewspomagany przez nikogo, poświęcił życie, zdrowie ostatni grosz, — na dopięcie wielkiego celu. Często opatrzywszy się w żywność i światło, przywiązawszy sznur u wnijścia, zapuszczał się w głębiny i nie wychodząc z nich po dni kilka, oddychając wilgotném powietrzem pieczar, pisał, rysował, oglądał, badał. Potrzeba było niezmiernéj siły fizycznéj i energii moralnéj, ażeby wytrwać w takiém życiu, ażeby mu wydołać. Największe niebezpieczeństwa nie zrażały go gdy nową kryptę odkryć potrafił, przed wielu wiekami zasypaną. Często rozkopywał ziemią zasute przejścia rękami własnemi, i ledwie mógł uniknąć osuwających się kamieni i scian, trzęsieniami i potokami podziemnemi pokruszonych.
Praca tych lat trzydziestu kilku i miłość nauki niezrównana, wydać musiały niepospolite owoce. Do dziś dnia téż dzieło Bosia służy jeszcze, mimo nowych odkryć za podstawę badań, Rzymu podziemnego. Dzieło przygotowane przez niego, nie wyszło nawet na świat za jego życia, ale w lat 3 po śmierci wydane zostało przez Jana Severano.
Bosio nie był krytykiem i historykiem z powołania, ale topografem doskonałym. Nie zapuszczał się on w objaśnienia — sama obfitość materyału nie dopuszczała mu tego; — ale opisywał i rysował wiernie co spotkał. Po nim pierwszym, którego dzieło niezmierny rozgłos miało w Europie, obudzone zajęcie katakombami, licznych w jego ślady sprowadziło naśladowców. Opisy, rozprawy, rysunki, — nieprzerwanym prawie ciągiem illustrują ten świat podziemny do dziś dnia. Wspomnimy tylko zasłużone imiona: Ant. Boldetti którego dzieło było w sto lat po Bosio wydane; Marangoniego, Bottari, Aringhi, d’Agincourt’a, nakoniec Ojca, Marchi i ucznia jego, najznakomitszego badacza katakomb, Kawalera JB. de Rossi, pod którego przewodnictwem mieliśmy szczęście oglądać dobyte z nich ostatniemi czasy skarby.
Spuszczając się w te dzisiaj po większéj części obnażone z grobów, napisów, malowań i zabytków kurytarze, tak smutnie, czarno i ubogo wyglądające; śród których rzadko ozdobniejsza kapliczka przerywa ciężki szereg piętrami nad sobą ułożonych grobowców; — gdy myślą i krokami rozmierzym niezmierną ich rozległość; tysiące pytań i domysłów się nastręcza — a ileż obrazów mimo woli wyobraźnia nasuwa, do których jedno słowo, jeden znak czasem, dają wątek!
Dwa opisy dawne katakómb przedstawiają nam obraz ich wiernie i należą do ich dziejów, tak, że wstrzymać się od przywiedzenia ich tu niepodobna, pierwsze z nich skreślił Ś. Hieronim, w komentarzu swym nad Ezechielem; drugie poeta Prudencyusz. Ś. Hieronim tak się odzywa: „Gdym bardzo młodym jeszcze przebywał w Rzymie dla nauki, miałem zwyczaj, z młodymi współuczniami moimi, we dnie niedzielne, zwiedzać groby Apostołów i Męczenników; przebiegałem często te podziemia, wyryte w głębiach ziemi, których ściany z obu stron ukazują ciała pogrzebione; gdzie taka panuje ciemność, że można by tu do siebie zastosować słowa Proroka: „żywy wstąpiłem w otchłanie” (psalm LIV). Rzadko nieco światła przerwie ciemności tych okropność, wpadając przez otwory, których oknami nazwać się nie godzi; a idąc krok za krokiem w pośród téj nocy czarnéj, nie można sobie nieprzypomnieć tego, co Wirgiljusz mówi o ciszy, przerażającéj wyobraźnię milczeniem: Simul psa sientiaterrent”. Prudencyusz, jako poeta, inny opisowi nadał charakter. „Nie daleko od murów miasta, u których stóp wesołe zielenią się ogrody, otwiera się podziemie, w czarne zagłębiające się otchłanie. Wewnątrz, drożyna kręta i spadzista, wiedzie twe kroki po zakątach, w których ciemność zalega, bo światło zaledwie dosięga drzwi wchodowych i oświeca tylko progi korytarzy. Daléj już noc rośnie coraz silniejsza bez przeszkody i wypełnia wszystkie schronienia tego zakątki; gdzieniegdzie tylko przez otwory schodzące od wierzchów otwartych pokrycia, błyśnie promień jasny, aż do tych wnętrzów dochodząc. Chociaż na wsze strony rozwija się sieć niezliczonych uliczek, ciasnych atriów pod ciemnemi portykami, jednak w wyżłobionych góry wnętrznościach częste światła strumienie od sklepień się zlewają. I w głębiach tych widzi się jeszcze słońce nieobecne i cieszy jego promieniem.”
Wszystkie niemal katakombowe krypty są wązkie i niezbyt nawet wysokie, i po obu stronach rzędami zawierają złożone ciała zmarłych, pokryte kawałami marmuru, dachówkami, cegłami, często na prędce zalepione gliną tylko, na której drewienkiem czy żelazem skreślono kilka głosek; — a przecież niemal dwa tysiące lat przetrwały nienaruszone.
Dziś są to już grobów groby; z większéj części zwłoki męczenników wyjęto na ołtarze, otwory tylko pozostały; ze wszystkich niemal zdarto napisy, które dziś składają jedyne w świecie muzeum chrześcijańskiéj epigrafiki w Lateranie; ziemia zagradza przejścia; strumienie sączą się po szczelinach, czasem świeży osyp tamuje pochód. Ale nawet w tym smutnym stanie, obraz, jaki przedstawiają katakómby, gdy się w głąb ich zapuści, czyni wiekuiste na duszy wrażenie.
Jestto żywy największy dowód téj potęgi pierwszych wieków chrześcijaństwa, która mu dała całą jego siłę późniejszą. Tu wyrobiła się społeczność, hierarchia kościelna, obrzędy, liturgja, symbolika, architektura, sztuka, a nadewszystko, tu wyrosła ta lilja czystéj miłości braterskiéj, równości ludzi, i przyszłéj swobody niewiasty i niewolnika. Na pierwszy rzut oka zaraz uderza inaczéj tu już występująca kobieta i nigdzie już z niewolą swą niespotykany Sclavus. Niektóre części katakómb, zachowały się caléj; są to w większéj części kapliczki małe, poprzyozdabiane w malowania, mozaiki, w wykute w tulje siedzenia, ołtarze. Wiele ciał dotąd tu spoczywa, pomimo rozdania zwłok męczenników kościołom całego chrześcijaństwa; liczba ich tu tak ogromna, iż jest prawie nieprzebraną. Muzea i starożytnicy czerpali tu dawniéj jak chcieli, a jednak stoją jeszcze i marmurowe sarkofagi i tysiączne napisy poszczerbione, które w miejscu, gdzie przed 1800 laty położone zostały, więcéj mówią i głoszą, niż gdzieindziéj. Na całéj rozległéj przestrzeni katakómb, ani jednego grobu pogańskiego nie znaleziono. Jest do dziś dnia różnych cmentarzy do sześćdziesięciu, a z wielu śladów można przypuszczać, że trzy razy tyle jeszcze kryje się w głębi ziemi. Tradycje dawne, z resztą bardzo być może przesadzone, chcą aby katakómby rozciągały się aż do Ostij. Nowsi badacze nie przypuszczają by dalej nad mil 4 około dzisiejszego Rzymu sięgały. W niektórych z nich po 3 do 5 piętr jedna nad drugiemi się wije. O. Marchi obliczył, że korytarze te wszystkie, razem wzdłuż wyciągnięte, zajęłyby rozległością mil 300; a grobów w nich ilość dochodzi przybliżenie do 6 milionów.
Groby te przedewszystkiém męczenników i ich rodzin, wedle obyczaju w starym zakonie zachowywanego, wykute są w podziemiach, na wzór grobu Abrahama i Izaaka w Efrau. Izraelskie obrzędy pogrzebowe widocznie wpłynęły na przyjęcie pewnych form w nowém społeczeństwie. Części niektóre krypt są całkiem cmentarzami izraelitów nawróconych, jak Aquila i Pryscilla.
Groby piętrami jedne nad drugiemi w ścianach ułożone, tak żeby jak najmniéj miejsca zostawić próżnego, zamykały ciało wsunięte bokiem. Grób taki zwano Locus, Loculus, jak i u Rzymian. Od korytarza otwór grobu zakładano kamieniem z napisem, albo cegłami trzema z wapnem, albo dachówkami, lub wprost tylko zalewano go tynkiem, na którym wypisywano głoski, godła, znaki. Ciekawą są rzeczą w niektórych katakombach groby oznaczone tylko, miejsca zarysowane ale niewyżłobione wcale. Na cegłach zamykających groby są często wyciski ceglarzy imion i fabryki.
Każdy tu szczątek i okruch coś mówi, tysiąc oznak składa się na to, aby epokę, pochodzenie, historyę objaśnić. Dla tego, który tu czytać umie ten język zatracony, plon co krok jest obfity.
Najpierwszą, najwymowniejszą, najwięcej uderzającą rzeczą są napisy. Wystawmy sobie na mokréj glinie drżącą, rękę w pośpiechu przed wieki zarysowanych kilka głosek, krótkich a przepełnionych uczuciem. Wiara Chrystusowa, miłości pełna, z tym charakterem uczciwym występuje już w tych pierwszych swych dziełach pisanych. Czuje się czytając, iż pomiędzy światem żywych a umarłych istnieje tu związek niezerwany; że tamci co zmarli, żyją, a ci co żyć się zdają, na odrodzenie czekają. Wszystkie formy napisów, okrzyki pożegnania, są namaszczone miłością serdeczną. Nim je damy poznać, powiedzmy słówko o samych tych grobów powierzchowności, o materyalnej fizyognomji napisów, które są dwojakie: ryte i pisane, na kamieniu, drzewie, kości, glinie, szkle i t. p. Najpospolitsze są kamienne i gliniane; dziewięć dziesiątych są tego rodzaju, Niektóre głoski ryte napuszczano farbą czerwoną, co niektórzy starożytnicy biorą za godło męczeńskie.
Są przykłady napisów mozaikowych, złoconych, ale rzadkie. Wiele pisano od ręki na marmurze, czerwono, czarno, lub nawet na tle ciemném biało.
U grobowca jednego z napisem, Roldetti znalazł na cmentarzu Ś. Kalixta naczyńko, w którém farba, atrament wyschły się zachował. Często nie miano czasu w wielkich prześladowaniach na nic więcej, prócz zanotowania miejsca kilku głoskami. Ta notatka skreślona pośpiesznie, w miejscu, gdzie napis miał być położony, została potém na zawsze. Niemożność często dostania kamienia nowego, oszczędność, potrzeba ukrywania się, sprawiły, że wiele napisów grobowych, na odwróconych płytach starych monumentów pogańskich wyrzeźbiono.
Napisy chrześcijańskie tak się różnią formą i godłami od tych, że na pierwszy rzut oka wątpliwości najmniejszéj nie zostawiają. Wyraźnie tu ze wszystkich wyrazów i głosek prawie mówi wiara niezachwiana w życie przyszłe, w nieśmiertelność; to stanowi charakterystyczną ich cechę. Śmierć przedstawia się jako sen. „Usnął w pokoju Spoczywa w pokoju — we śnie spokojnym”. Grób sam zowie się tymczasowym składem, któremu powierzono ciało. U pogan jest to ostateczne mieszkanie; domus aeterna; u chrześcian — tylko miejsce oczekiwania. Wszystkie też inne formy napisów przypominają wiary nowéj zasady, powtarzają to oczekiwanie zmartwychwstania. Żegna się żywy z umarłym do zobaczenia na lepszym świecie; prosi ubłogosławionego o modlitwę. Dwa te światy, umarłych i żywych, przez przepaść grobu podają sobie ręce. Poganie odpędzają widma; chrześcijanin je wyzywa, żyje z umarłemi. Żal też po stracie drogich istot inny tu przybiera charakter. Osładza go nadzieja; trwałość węzłów, wspólném życiem związanych, aż do drugiego sięga świata.
Te wykrzyki sercowe, pełne uczucia; malują wiarę która je wydała. Powtarzają się one prawie w jednaki sposób, na grobach, szklannych naczyńkach, do grobów wmurowywanych pierścieniach, i t. p. „Żyj w Bogu — Żyj z braćmi twojemi (ze świętemi) — Żyj wiecznie w Chrystusie — Niech Chrystus cię przyjmie — Duszo słodka — duszo niewinna. — Gołębico bez żółci” i t. p. — To wyrażenie w pokoju „In pace” prawie na każdym napisie znajdujemy. Ten pokój, którego świat dać nie może, i którego Chrześcijanie nie zażywali nigdy na ziemi, jaśniał im dopiero w wieczności.
Z pojęciem przyszłego życia wiązały się wyobrażenia tego pokoju, jasności (lux), ochłody (refrigerium), raju i czyśćca, społeczności ze sprawiedliwemi, ze świętemi.
Mniéj zwyczajne a piękne wyrażenie na grobie wspomina Le Blanc, „Życie przeniosłeś w niebiosa;” niekiedy niebiosa zowią się domem i ojczyzną. — Ochłoda (refrigerium), oznacza ucztę, biesiadę ze świętemi, posiłek. Pokazuje się jaśniéj znaczenie tego wyrazu z akt Ś. Perpetui, w których on oznacza ucztę, jaką niekiedy skazanym na śmierć więźniom wierni przynosili do więzień.
Gdy trybun obchodził się z chrześcijanami ostrzéj, z obawy aby czarami nie wydobyli się z okowów, Perpetua odezwała się do niego: „Dla czego nam nie dozwolisz się posilić? przecież jesteśmy skazańcy bardzo szlachetni, skazańcy Cezara — przeznaczeni na walkę w dniu uroczystym. Nie idzież tu o cześć waszą, abyśmy w dniu tym pokazali się dobrze wykarmionemi?”
O téj ochłodzie i posiłku w wieczności, większa część napisów wspomina, jako o uczcie i biesiadzie z Chrystusem u Ojca przedwiecznego. Wszystkie te wyrażenia, mimo że się powtarzają, tak są namaszczone uczuciem, iż każde z nich żywo jeszcze dziś niém przemawia. Równie znaczącemi są tu hieroglify, święte znaki i godła na grobach, które często występują na nich same jedne i całą myśl zamykają w sobie. Zbiór napisów znalezionych w katakombach, z których dziś składa się wielki muzeum Lateranu w Rzymie, stanowi niezmiernie ważny materyał do historyi pierwszych wieków Kościoła. Staraniem p. de Rossi który się zgromadzeniu ich i spisaniu poświęcił i część ich już ogłosił drukiem, napisy te zostały ułożone wedle czasu, a epoka każdego z nich oznaczona z układu liter i z rozmaitych poszlak i skazówek, wskazujących ich pochodzenie.
Napisy te obejmują szereg lat od 71 po Chrystusie do 410. Są one skarbem wiadomości co do życia pierwszych chrześcijan, wymieniają bowiem ich zatrudnienia, zachowały rysunki narzędzi rzemiosł i sztuk, naczyń, sprzętów, a co więcéj, mimo swéj krótkości, przejęte są duchem pierwszych wieków, który z nich silnie przemawia. Z początku kamienie najciekawsze były przenoszone już to z ciałami męczenników w różne miejsca, (niektóre i w Polsce się znajdowały), już do muzeów i zbiorów rzymskich, do Watykanu, do kościołów; i za teraźniejszego dopiero Papieża Piusa IX, p. de Rossi, z jego rozkazu zajął się ułożeniem muzeum pamiątek chrześcijańskich z katakomb, a szczególniéj napisów, wedle pewnego systemu uporządkowanych.
Ponieważ w epigrafach grobowych rzadko są wymienione lata, a raczéj wcale się one nie znajdują, można miarkować, jak trudném było zadaniem dla nauki, oznaczyć do którego wieku należały. We zwyczaju było równie u chrześcijan jak u pogan, wypisywać Konsulów, za których urzędowania zmarł pogrzebiony; z ich tedy imion, gdzie się one znalazły, czas był łatwym do oznaczenia. Późniejszych napisów wedle daty innych skazówek zgadywać było potrzeba. Skazówkami temi, doskonale czas określić dozwalającemi, był układ liter, pisownia, sam styl napisów, nareszcie godła, jak naprzykład monogram Chrystusa, krzyż, które wiadomo w jakiéj epoce używanemi być poczęły. Prostota oznacza pierwsze grobowce. W późniejszych wiekach, napisy są coraz dłuższe i rozwleklejsze.
Architektura katakomb jest w swéj pierwiastkowéj prostocie zastanawiająca ogromem, rozciągłością tych podziemiów, a zresztą sztuką, z jaką je obmyślano tak, aby nie uległy zapadnięciu, nie groziły niebezpieczeństwem pielgrzymom, i nie były całkiem pozbawione powietrza. Kurytarze te, grobami otoczone, wiją się, w dół schodząc coraz, podnosząc niekiedy, rozstępując w liczne gałęzie zwężają, rozszerzają i przedstawiają prawdziwy labirynt uliczek, w którym niejeden nieostrożny a ciekawy badacz obłąkawszy się śmierć znalazł. W istocie trudno jest sobie poradzić bez wprawnego przewodnika. Wystawmyż sobie jakiéj pracy dziełem być musiały te podziemia, z których dobyty kamień, piasek, puzolanę, potrzeba było ukryć, aby wykopalisk tych nie zdradzić.
Wśród pochodu przez te ciemności, niespodziewanie spotyka się gdzieniegdzie obszerniejsza nieco izba — cubiculum, grobowiec całej rodziny. Cubicula, te sypialnie umarłych, bywają okrągłe, półokrągłe, prostokątne, trójkątne, i najrozmaitszych kształtów wieloboczne. W wielu z nich otwór u góry na przestrzał promyk światła wprowadzał w ciemne wnętrze; inne są całkiem ciemne, i oświecane były tylko lampami, zwieszonemi u sklepień, które, przy odkryciu katakomb, w miejscu jeszcze poznajdowano, jak pisze Bottari. Stawione były także lampy w wygłębieniach murów, lub na konsolach marmurowych i kamiennych. Cubicula te większe i obszerniejsze od korytarzy, w tak znacznéj liczbie znajdują się po katakombach, że w 3-éj części krypt Ś. Agnieszki, naliczono ich do 60. Były to groby zbiorowe rodzin całych, gromadzących się około ciała męczennika. W głębi zwykle jest pod Arcosolium, przy sklepieniu łukowém, ołtarz prosty, zawierający zwłoki czczone; do koła jego groby. Gdy miejsca nie starczyło na pogrzebanie tych, co się pod opiekę świętego oddać chcieli, chowano zmarłych nieco daléj, wskazując w miejscach że do gromadki należą.
Tam to wierni zgromadzali się zwykle na wspólne przy ołtarzu na grobie męczennika nabożeństwo. Tam też się odprawiały ofiary w czasach prześladowań.
Wystawmy sobie — jeśli myślą i wyobraźnią wolno jest sięgnąć w te wieki cudów — grób świeży jeszcze męczennika takiego, jakich tysiące padało w cyrkach rzymskich i na świętokradzkich igrzyskach; zwłoki jeszcze ledwie ze świeżéj krwi obmyte, złożone w kamiennym sarkofagu; krewnych, przyjaciół, znajomych, rodzinę, zgromadzonych u tego ołtarza — przed tą ofiarą ledwie ostygłą — i kapłana, który po raz pierwszy modli się na tym grobie. Jakież tam uczucie przejmować musiało przytomnych, świadków męczeńskiéj śmierci, z sercami świeżo rozdartemi od boleści, w tych podziemiach, nad któremi jeszcze w chwili ofiary wrzało prześladowanie, rozlegały się krzyki tłuszczy zajadłéj, ścigającej pozostałych!
A ileż to razy powtarzały się podobne ofiary krwawe, i łzy krwawe, nim Kościół zwyciężył i uspokojony został. Ileż to scen, nad których zatraconą pamięcią ubolewa poeta Prudenciusz w tych pięknych wierszach, których tu słaby przekład przywodzimy:
„O! nieszczęsna starożytności milczącej niepamięć! — Wydzierają nam czyny nasze, usiłują nawet ich pamięć przygasić na wieki! Roczniki nasze, dzieje, bezbożny zausznik wydarł nam przed laty, z obawy, aby przyszłe wieki, ucząc się z ksiąg wiernych prawdzie, nie przekazały podaniem słodkiém do uszów potomności, lat, wypadków, męztwa, umęczonych bohaterów naszych.”
W istocie, te pierwsze zwłaszcza wieki pozbawione są tak zabytków, że je tylko w téj kamiennéj księdze katakomb czytać dziś można.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.