Wieści z nikąd/XXXII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXXII.

Początek uczty — koniec opowiadania.

Dick zaprowadził mnie natychmiast na małe pole, które, jak widziałem z ogrodu, pokrywały różnobarwne namioty, ustawione w szeregi, około których siedziało lub stało na trawie około pięćdziesięciu lub sześćdziesięciu mężczyzn, kobiet i dzieci, wszyscy w wybornych humorach — w świątecznych usposobieniach.
— Sądzisz pan zapewne — rzekł Dick — że nie możemy się pochwalić znaczną liczbą; ale pamiętaj pan, że jutro będzie nas więcej; przy sianokosie jest miejsce dla wielu ludzi, którzy nie bardzo się znają na zajęciach wiejskich; jest zaś wielu, prowadzących siedzące życie, których byłoby nieładnie pozbawiać przyjemności sianokosu — to jest uczeni i badacze; tak, że wprawni robotnicy, obok tych, którzy są potrzebni jako kosiarze i dozorcy przy sianokosie, stoją na boku i wypoczywają sobie poprostu, co jest dla nich rzeczą dobrą, bez względu na to, czy tego pragną czyli też nie; albo też udają się w inne okolice, tak jak to uczyniłem sam. Ludzie uczeni i historycy, oraz badacze w ogólności, nie są póty potrzebni, póki nie będziemy w trakcie suszenia siana, co nie nastąpi wcześniej niż pojutrze.
Mówiąc to, wyprowadził mnie z małego pola do rodzaju szosy ponad nadbrzeżną łąką, a stąd zawracając na lewo powiódł ścieżką przez trawę, gęstą i bardzo wysoką, aż póki nie doszliśmy do rzeki powyżej jazu i młyna. Tutaj użyliśmy rozkosznej kąpieli w wodzie powyżej tamy, gdzie rzeka wydawała się o wiele większą od swej naturalnej wielkości, ponieważ poszerzał ją tu jaz.
— Teraz jesteśmy właśnie usposobieni do obiadu — rzek Dick, gdyśmy się ubrali i wracali znowu przez trawę — istotnie ze wszystkich wesołych uczt w roku ta z racyi sianokosu jest najweselsza; nie wyjmując nawet pory żniw zbożowych; wtedy bowiem rok chyli się ku końcowi i pomimo całej wesołości nie podobna uwolnić się od myśli, że zbliżają się krótkie dni, wykoszone pola i puste ogrody; a do wiosny tak jest daleko, że trudno o niej śnić nawet. W jesieni niemal każdy rozmyśla o śmierci.
— Jak dziwnie mówisz — zauważyłem — o tak stale powtarzających się i wskutek tego tak pospolitych rzeczach, jak następstwo pór roku. Zaiste ludzie ci zachowywali się wobec podobnych spraw jak dzieci, odznaczali się przesadzonem interesowaniem się pogodą, ładnym dniem, czarną nocą, lub jasną i tak dalej.
— Dziwnie? — zapytał. — Czyż jest rzeczą dziwną sympatyzować z rokiem i porami roku?
— W każdym razie — rzekłem — jeżeli patrzycie na przebieg roku jak na piękny i zajmujący dramat, co wedle mnie czynicie, to powinniście się tak samo interesować zimą i jej troskami, jak tym przepychem lata.
— A czyż ja tego nie czynię? — odparł Dick z zapałem — jeno nie mogę patrzyć na to tak, jak gdybym siedział w teatrze i patrzył na odgrywaną przed memi oczami sztukę, bez brania w niej udziału. Jest rzeczą trudną — mówił dalej z dobrodusznym uśmiechem — dla nieuczonego jak ja człowieka wyrazić się właściwie, jakby to uczyniła kochana Ellen; ale ja mam na myśli to, że sam stanowię część tego wszystkiego i że czuję zarówno radość jak i ból własną istotą. Rzecz nie jest robiona dla mnie przez kogoś innego, żebym ja mógł jeść, pić i spać; ja sam wykonywam przypadający na mnie dział.
Widziałem, że jak Ellen w swój sposób, tak Dick w swój sposób odznaczał się tą namiętną miłością ziemi, właściwej w mojej epoce niewielkiej ilości ludzi; kiedy to przeważającem uczuciem wśród ludzi intelektualnych był rodzaj ostrego niesmaku wobec zmieniających się dziejów roku, wobec ziemi i jej stosunku do człowieka. W onych czasach uważano za rzecz poetyczną i romantyczną patrzenie na życie jako na rzecz, którą trzeba znosić raczej niż jej używać.
Tak oto rozmyślałem aż śmiech Dicka powrócił mnie znowu na łąki Oxfordshiru.
— Jedna rzecz wydaje mi się być dziwną — rzekł — mianowicie to, żebym się miał martwić zimą i jej martwotą w samym środku bujnego lata. Gdyby mi się to nie trafiło poprzednio, tobym myślał że to twoja robota, gościu; że to ty rzuciłeś na mnie zły czar. Tylko, że te słowa — rzekł pospiesznie, — są jeno żartem, nie bierz ich więc do serca.
— Owszem — odparłem — nie biorę. Jednak mimo to czułem się jakoś niemile po jego słowach.
Tym razem przekroczyliśmy szosę i nie zwracaliśmy się ku domowi, lecz szliśmy ścieżką obok łanu pszenicy, gotowego już niemal do kwitnięcia.
— Nie będziemy więc obiadować w domu lub w ogrodzie? — spytałem, czego się zresztą wcale nie spodziewałem. Gdzież się więc mamy spotkać? bo widzę, że domy są przeważnie małe.
— Tak — rzekł Dick — masz słuszność są one małe w tej okolicy; zostało tyle dobrych starych domów, że ludzie zamieszkują takie małe odosobnione domki. Co się tycze obiadu, to spożyjemy go w kościele. Ze względu na ciebie życzę sobie, żeby był tak duży i ładny jak ten kościół starego rzymskiego miasta ku zachodowi, lub tego miasta ku wschodowi, lub tego miasta fortecznego ku północy[1]; ale w każdym razie pomieści nas wszystkich; a chociaż mały, jest jednakże ładny w swoim rodzaju.
To była dla mnie rzecz nowa ten obiad w kościele i pomyślałem sobie o średniowiecznych nawach kościelnych; ale nie powiedziałem nic, a niebawem wyszliśmy na drogę, biegnącą przez wieś. Dick patrzył w dół i w górę drogi, a widząc tylko dwie grupy przed nami, rzekł:
— Zdaje się, żeśmy się nieco spóźnili; wszyscy już poszli naprzód; ale na pewne będą czekać na pana, jako na rzadkiego gościa, przybywającego z dalekich stron.
Mówiąc to przyspieszył kroku, a ja starałem się mu nadążyć, i niebawem doszliśmy do małej alei lipowej, prowadzącej prosto do przedsionka kościelnego, z którego otwartych drzwi wydobywały się zmieszane głosy, i śmiechy i wesołość.
— Tak — rzekł Dick — jest to najchłodniejsze miejsce tego gorącego wieczora. Chodźmy; ucieszą się naszym widokiem.
Pomimo kąpieli czułem, że atmosfera była duszniejsza i wilgotniejsza, niżeli któregokolwiek innego dnia w czasie naszej podróży.
Weszliśmy do kościoła, będącego skromnym, małym budynkiem o jednej małej nawie bocznej, oddzielonej od nawy głównej trzema okrągłymi łukami, o kazalnicy, i o zbyt może pojemnych jak na tak mały budynek transeptach, o oknach przeważnie pełnego wdzięku typu orfordshirskiego z czternastego wieku. Wnętrze nie posiadało żadnych nowoczesnych dekoracyj; zdawało się, że nie czyniono w tym kierunku żadnych usiłowań od czasu, jak Purytanie pokryli ściany średniowiecznymi świętymi i takiemiż opowieściami. Mimo to całe wnętrze było wesoło przystrojone na obecną uroczystość festonami kwiatów od łuku do łuku, oraz wielkimi dzbanami z bukietami, które porozstawiano po podłodze tu i ówdzie; pod zachodniem oknem wisiały dwie skrzyżowane kosy o mocno wypolerowanych powierzchniach i połyskujących przez pokrywające je kwiaty. Ale najlepszą ozdobę wnętrza stanowił tłum przystojnych i uszczęśliwionych mężczyzn i kobiet, siedzących przy stole i wyglądających z jasnemi obliczami i bujnymi włosami, które spadały na różnobarwne stroje, jak kłąb tulipanów w słońcu według obrazowego wyrażenia perskiego poety. Jakkolwiek kościół był mały, to jednak miejsca było dosyć; a to dlatego, że mały kościół stanowi duży dom; tego specyalnie wieczora nie było potrzeby dostawiania dodatkowych poprzecznych stołów w transeptach; chociaż niewątpliwie było widać, że się zdadzą następnego dnia, gdy uczeni, o których Dick wspominał, przybędą wziąć swój skromny udział w sianokosie.
Stałem na progu z tym uśmiechem oczekiwania na twarzy, jaki posiada człowiek mający wziąć udział w uroczystości, na którą jest przygotowany. Dick stojąc koło mnie, spozierał na okół z miną gospodarza, jak mi się zdało. Naprzeciwko mnie siedziała Klara i Ellen a pomiędzy niemi znajdowało się wolne miejsce dla Dicka; śmiały się one, ale twarzami zwróciły się ku swym sąsiadom po bokach, którzy mówili do dziewcząt, zdających się nie widzieć mnie wcale. Zwróciłem się do Dicka, spodziewając się, że mnie poprowadzi naprzód, a on zwrócił ku mnie swą twarz; ale rzecz dziwna, że chociaż była tak uśmiechnięta i wesoła jak zawsze, nie odpowiadała wcale na moje spojrzenie — ba, nawet zdawała się wcale nie zwracać na mnie uwagi, przyczem zauważyłem, że nikt z całego towarzystwa nie patrzył na mnie. Przejął mnie ostry ból, jak gdyby z powodu klęski dawno spodziewanej i nagle zjawiającej się. Dick posunął się nieco naprzód, nie mówiąc do mnie ani słowa. Nie byłem nawet o trzy jardy oddalony od tych dwóch kobiet, które chociaż stanowiły moje towarzyszki przez tak krótki przeciąg czasu, stały się, jak sądziłem, memi istotnemi przyjaciółkami. Klara zwróciła się teraz do mnie en face, ale ona też zdawała się nie widzieć mnie, jakkolwiek starałem się zwrócić na siebie jej uwagę błagalnem spojrzeniem. Zwróciłem się przeto ku Ellenie, a ta zdawała się poznawać mnie przez chwilę; ale wesoła jej twarz natychmiast posmutniała, poczem wstrząsnęła głową z żałosnem spojrzeniem i następnej zaraz chwili cała świadomość mej obecności zniknęła z jej twarzy.
Czułem się osamotniony i zgryziony ponad możność opisania słowami. Zatrzymałem się jeszcze chwilę, a potem zwróciłem się i wyszedłem z przedsionka przez aleję lipową na drogę, gdzie kosy śpiewały w najlepsze wśród krzaków swą czerwcową pieśń wieczorną.
Raz jeszcze bez żadnego świadomego wysiłku woli zwróciłem swe oczy ku staremu domowi przy brodzie, ale gdym skręcił poza róg prowadzący ku resztkom krzyża włoskowego, natknąłem na postać dziwnie kontrastującą z wesołymi, pięknymi ludźmi, których pozostawiłem za sobą w kościele. Był to mężczyzna, wyglądający staro, lecz o którym wiedziałem z przyzwyczajenia obecnie na poły już zapomnianego, że nie liczył więcej niż lat pięćdziesiąt. Twarz jego była szorstka i obłocona raczej niż brudna; oczy tępe i wypłowiałe; ciało zgięte, łydki cienkie i wrzecionowate, stopy utykające. Ubranie jego składała mieszanina brudu i łachmanów od dawna zbyt dobrze mi znanych. Gdym go mijał, dotknął kapelusza z dobrą wolą i uprzejmością, ale z niewolniczością.
Niewypowiedzianie wstrząśnięty minąłem go szybko i spieszyłem wzdłuż drogi, prowadzącej ku rzece, oraz niższej części wsi; nagle spostrzegłem, że jakby czarny obłok toczył się na moje spotkanie, jakby zmora z moich lat dziecinnych; przez chwilę nie posiadałem innej świadomości nad tę, że się znajduję w ciemności nie wiedząc, czy idę, czy siedzę, czy wreszcie leżę.

∗             ∗

Leżę w swym domu w brudnem Hammersmith, myśląc o tem wszystkiem; i starając się rozważyć, czy ogarnęła mnie rozpacz po odkryciu, że śniłem sen; rzecz dziwna; spostrzegłem, że wcale nie rozpaczałem.
Albo czyż to był rzeczywiście sen? Jeżeli tak, to dlaczego byłem tak świadomy faktu, że istotnie oglądałem to nowe życie, nieustannie jeszcze tkwiąc w przesądach, troskach i nieufności tej epoki zwątpienia i walki?
Jakkolwiek ci przyjaciele moi tak byli realni, to jednak cały czas czułem, że niema dla mnie wśród nich miejsca; jak gdyby miał nadejść czas, kiedy mnie odepchną i powiedzą, jak ostatnie żałobne spojrzenie Elleny zdawało się mówić: „Nie, tak nie idzie; ty nie jesteś jednym z nas; ty tak całkowicie należysz do nieszczęśliwej przeszłości, że nasze szczęście zmęczyłoby cię nawet. Wracaj skoroś nas widział, a oczy twe dowiedziały się, że pomimo wszystkie niezbite maksymy twoich czasów, czeka jeszcze ten świat epoka spoczynku, gdy nastanie prawdziwe braterstwo — ale nie wcześniej. Wracaj więc, a póki żyw będziesz widzieć wokół siebie ludzi zajętych zmuszaniem innych do takiego życia, jakiem nie żyją sami; nie troszcząc się o swe własne życie — ludzi nienawidzących życie, jakkolwiek obawiają się śmierci. Wracaj i czuj się szczęśliwszym z tego powodu, żeś nas widział i poznał, żeś zaczerpnął nadziei do walki. Żyj jak długo możesz, walcz i staraj się, chociażby z bólem i wysiłkiem stworzyć zwolna epokę braterstwa, spoczynku i szczęśliwości.
Tak, zaiste! a gdyby inni mogli ujrzeć to, co ja widziałem, toby mój sen można nazwać wizyą raczej niżeli snem.



KONIEC.


Przypisy

  1. Cirencester i Budford miał zapewne na myśli.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.