Wieści z nikąd/XXI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor William Morris
Tytuł Wieści z nikąd czyli Epoka spoczynku
Podtytuł Kilka rozdziałów utopijnego romansu
Wydawca Nakładem księgarni H. Altenberga
Data wydania 1902
Druk W. L. Anczyc i Sp., Kraków
Miejsce wyd. Lwów
Tłumacz Wojciech Szukiewicz
Tytuł orygin. News from Nowhere (or An Epoch of Rest)
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ XXI.

Podróż w górę rzeki.

Gdym się zbudził, był piękny słoneczny ranek; wyskoczyłem tedy z łóżka z tą samą dręczącą mnie jeszcze obawą, która jednakże pierzchła w jednej chwili, gdym się rozejrzał wokół mej małej sypialni i spostrzegł blade ale czystej barwy postaci, malowane na ścianach i mające pod sobą wierszowane napisy, które jakoś doskonale znałem. Ubrałem się pospiesznie i wdziałem przygotowany dla mnie niebieski garnitur, który tak był piękny, że przywdziawszy go aż się zarumieniłem, doznając tego uczucia przyjemności, jakiego nie doświadczyłem od lat chłopięcych.
Zdawało mi się, że to bardzo wczesny ranek, to też spodziewałem się, że będę sam w hali, gdym wszedł do niej przez korytarz, prowadzący z mojej sypialni; ale natychmiast spotkałem Annę, która wypuściła z rąk szczotkę i ucałowała mnie, zapewne bez żadnej myśli, chyba jeno na znak przyjaźni, jakkolwiek zarumieniła się nieco, nie ze wstydliwości, ale z przyjacielskiej przyjemności, poczem znowu ujęła szczotkę i zamiatała dalej, kiwając głową tak, jak gdyby kazała mi ustąpić z drogi i przypatrywać się; zajęcie to, prawdę mówiąc, uważałem za dosyć zajmujące, ponieważ pomagało jej jeszcze pięć innych dziewcząt, a ich pełne wdzięku postacie, zajęte spokojną pracą, godne były patrzenia, wesołe zaś rozmowy i śmiechy podczas zamiatania sposobem niemal naukowym, warte były słyszenia. Anna rzuciła mi kilka słów przechodząc na drugi koniec hali:
— Gościu, — powiedziała — cieszy mnie, żeś wstał tak wcześnie, ponieważ nasza Tamiza przedstawia rozkoszny widok o godzinie wpół do siódmej w czerwcowy ranek; szkoda by było, żebyś stracił ten widok, przeto polecono mi dać ci szklankę mleka i kromkę chleba tam nazewnątrz, potem wsadzić cię do łodzi; Dick i Klara już są gotowi. Zaczekaj chwilę, aż póki nie zamiotę tego pasa.
Wkrótce porzuciła znowu swą miotłę, a ująwszy mnie za rękę, poprowadziła na terasę ponad rzeką ku małemu stolikowi pod gałęziami drzew, gdzie chleb i mleko przybrały formę najwybredniejszego śniadania, o jakiem można było zamarzyć, i siadła tuż przy mnie. Za chwilę przyszli Dick i Klara, wyglądająca bardzo świeżo i ładnie w jasnej jedwabiem haftowanej sukni, która dla moich nieprzywykłych oczu, czyniła wrażenie nadzwyczajnie wesołej i jasnej; Dick też ubrany był ładnie w białą, pięknie haftowaną flanelę, Klara witając mnie, uniosła suknię w rękach i rzekła z uśmiechem:
— Patrz, gościu! jesteśmy co najmniej tak samo ubrani, jak owi ludzie, których chciałeś łajać wczoraj wieczorem; nie mamy zamiaru doprowadzić do tego, żeby pogodny dzień i kwiaty musiały się rumienić od wstydu. Teraz wyłaj mnie!
— Nie uczynię tego — odparłem — wasza para czyni takie wrażenie, jak gdyby zrodziła się z dnia letniego; to też tylko wtedy złaję was, gdy mi przyjdzie ochota łajać i dzień letni.
— Ba! — odrzekł Dick — to jest specyalny dzień — właściwie te wszystkie dni są takie specyalne. Sianokos jest pod pewnym względem lepszy od zbioru zboża, a to z powodu pięknej pogody; istotnie, póki człowiek nie pracował na łące w piękną pogodę, to nie wie, co to znaczy piękna pogoda. Kobiety tak ładnie przytem wyglądają — rzekł nieśmiało — zważywszy więc wszystko razem, sądzę, że mam racyę stroić się przy tej sposobności w skromne i proste suknie.
— Czyż kobiety pracują przy sianokosie w jedwabnych sukniach? — spytałem z uśmiechem.
Dick miał mi już odpowiedzieć spokojnie, ale Klara zakryła mu usta dłonią i rzekła:
— Nie, nie, Ryszardzie; nie dawaj mu za wiele informacyi, bo sobie pomyśli, że jesteś starym Hammondem. Niech się sam o tem dowie; wszakże nie przyjdzie mu czekać długo.
— Zapewne — odezwała się Anna — nie czyńcie opisu obrazu za dobrym, bo może doznać rozczarowania po podniesieniu kurtyny. Ale teraz już czas wam iść, jeżeli macie korzystać z fali, jako też ze słonecznego ranka. Bądź zdrów, gościu!
Pocałowała mnie w swój szczery, przyjacielski sposób, przez co pozbawiła mnie ochoty do mojej ekspedycyi; ale musiałem to pokonać w sobie, gdyż nie wątpiłem, że tak rozkoszna kobieta nie mogła być pozbawiona kochanka odpowiedniego sobie wieku. Zeszliśmy po schodach przystani i wsiedliśmy do ślicznej łodzi, nie za lekkiej na to, aby wygodnie pomieścić nas i nasze rzeczy a przytem pięknie ozdobionej; ledwieśmy wsiedli, przyszli ku nam Boffin i tkacz, żeby się z nami pożegnać Boffin odział się w strój roboczy i włożył wachlarzowaty kapelusz, którym powiewał na pożegnanie ze swą staro-hiszpańską kurtuazyą. Dick odepchnął łódź na rzekę i zabrał się dzielnie do wioseł, wskutek czego Hammersmith ze wspaniałemi drzewami i pięknymi nadbrzeżnymi domami zaczął powoli niknąć nam z oczu.

Gdyśmy płynęli, nie mogłem przenieść na sobie, aby obok jego obiecanego obrazu łąki nie postawić tego obrazu jaki sobie przypomniałem, a zwłaszcza obraz kobiet, zajętych pracą, stanął mi przed oczami; były to szeregi wychudłych postaci, nędznych, płaskich, szpetnych, bez żadnego wdzięku figury lub twarzy; ubranych w nędzną i niedostateczną odzież, w straszne kłapciaste kapelusze letnie, poruszające grabiami w ospały mechaniczny sposób. Jakże często widok ten psuł mi rozkoszne dni czerwcowe; jakże często pragnąłem widzieć łąki pełne kobiet i mężczyzn, godnych tej słodyczy letniej, nieskończonego bogactwa pięknych widoków, rozkosznych dźwięków i woni. Teraz świat zestarzał się i zmądrzał, a ja ujrzałem wreszcie swe nadzieje urzeczywistnione!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: William Morris i tłumacza: Wojciech Szukiewicz.