Wieńce

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Wieńce
Pochodzenie Poezye J. I. Kraszewskiego
Wydawca S. Orgelbrand
Data wydania 1843
Drukarz M. Chmielewski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tom I jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały zbiór jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
XX.
WIEŃCE,
FANTAZYA.
PL Józef Ignacy Kraszewski-Poezye s 16.png



Tęcza po niebiosach płynie!
Mgliste słońce odsłania oblicze spłakane,
Niebo chmury strząsnęło i nad wschodem ginie
Groźne burz czoło z obłoków utkane.
Świat cały teraz jak oblubienica,
Która łzami zalawszy czarne swoje oczy
Wkrótce szczęścia uśmiechem maluje swe lica
I błyska złotem rozwitych warkoczy,
Nad strumykiem, blisko chatki,
Na dolinie rosną kwiatki —
Jak druga tęcza na ziemi usłane,
Podniosły oczy niebios łzą oblane.

Ale niczém ich lica!...
Z chatki bieży dziewica —
To pierwszy tych dolin kwiatek —
Ledwie dziesięć żyła latek,
Jeszcze serce jej nie bije,
Jeszcze oko jéj nie żyje,
Jeszcze się pierś nie unosi,
Jeszcze w duszy młodej Zosi
Spokojnie, jak w jéj chatce.
Zawsze z matką, lub przy matce,
Jeszcze świata nie poznała,
I nic w świecie nie kochała,
Prócz matki i Boga.
Patrz! oto ubita droga
Prowadzi ku dolinie,
Tam strumyczek mały płynie —
Nad strumykiem kwiatki rosną,
Zimą nikną, wrócą z wiosną.
Zosia przybiegła — i niebieskie oczy
Po kwiatach toczy.
Ozdobiła włosy, skronie,
Róże przypięła na łonie.
Zreszty kwiatów plecie wianek —
Ach! szczęśliwy ten kochanek,
Komu wonnych kwiatów pączek,
Z miłych dostanie się rączek!

Lecz nie! zdaleka tam przy lasku
W zachodniego słońca blasku
Połyska krzyżyk kaplicy,
Tam obraz Bogarodzicy
Niebieskiém światłem jaśnieje!
Tam pierwsze Zosi nadzieje —
Tam co wieczory i ranki
Najpiękniéjsze nosi wianki —
Na ołtarz kładzie w ofierze,
Długie odmawia pacierze,
Obraz w mdłe przystraja kwiatki —
Ale jeszcze serce Zosi
O nic więcéj nie poprosi,
Tylko — o szczęście matki!!

Całe niebo w płomieniach, a ziemia przelękła
Przed panem panów uklękła.
I czoło niebios piorunem zorane,
W czarne chmury przyodziane,
Grozi światu zniszczeniem.
Już z bojaźnią, ze drżeniem,
W przepaściach światy się chwieją
Między bojaźnią, nadzieją.
Zlęknione Aniołów chóry
Przed Bogiem ugięły czoło —
Bóg skinął — a czarne chmury
Rozpierzchnęły się w około!

Po niebiosach tęcza płynie —
Słychać jeszcze grzmot w oddali;
Lecz już słońce ziemię pali,
Już jaśnieją na dolinie
Krasnych kwiatów świéże lica.
Od chatki bieży dziewica —
To pierwszy tych dolin kwiatek,
Piętnaście przeżyła latek.
Już jéj serce mocno bije,
Już jéj oko ogniem żyje,
Pierś westchnieniem się unosi —
A na twarzy pięknéj Zosi
Od róż kraśniéjszy rumieniec —
Ona siadła, plecie wieniec,
Siadła, ale zamyślona
Kwiatkiem nie zdobiła skroń,
A serce biło jéj z łona
I wśród splotów drżała dłoń.
Okiem biegła pod kaplicę,
A w oczach jéj znać tęsknicę,
W sercu bojaźń znać już srogą.
Patrzy, patrzy, aż ktoś drogą
Prosto od owéj kaplicy
Przybliża się ku dziewicy.
Młody, ładny — to kochanek,
I dla niego był ten wianek.

Jesień była — mgły niebo i ziemię pokryły,
Wichry północne zawyły.
Ostatnie wiosny pamiątki,
Lata ostatnie szczątki.
Drobne listki, blade kwiatki
Oderwane z łona matki,
Jak jedyne człowieka w nieszczęściu nadzieje,
Uleciały z wiatrami! W niebiosach się chwieje
Zaguby nieszczęść, klęsk brzmienie,
Na drżącą spaść mając ziemię.
I niebo z za mgły, jak z zasłon dziewica
Zapłakanego nie odkrywa lica.
Zgasł księżyc, gwiazdy się skryły,
Duchy w głębokie tulą się mogiły.
Na świecie smutno — ponuro — jak w sali
Gdy się tłum biesiadników od stołów oddali,
Ognie zagasną, wiatru konające tchnienie,
Zbitych lutni, puharów ostatki potrząsa,
Po podłodze kwiat wieńców rozerwanych pląsa,
I wycie tylko wiatrów odbija sklepienie.

Na świecie smutno, ponuro,
Chmura goni za chmurą —
Od kaplicy, odedrogi,
Ciągnie się lud mnogi.

Liczne światła migają,
Smutne pieśni śpiewają.
Jedni czarne wdzieli szaty,
Na drugich błyszczą ornaty.
W ręku ich krzyże, różańce,
Roztwarte księgi,
Kadzielnice i kagańce!
Nakształt czarnéj długiéj wstęgi
Wzdłuż pagórka, wzdłuż drogi,
Ciągnie się szereg mnogi,
I w oddali ginie....
Pieśń smutna w obłoki płynie —
A nad strumykiem w dolinie,
Łzawego oka, smutnego lica
Stoi dziewica —
Z zwiędłych liści wieniec plecie.
Jéj niema kwiatków na świecie!
Powiędły uczucia kwiatki,
Nie ma kochanka i matki!
Splotła listki, bieży drogą,
I ku trumnie się przybliża —
Kładzie wieniec, czoło zniża,
Boleść w sercu tłumi srogą.
Rozpacz duszę jéj przeszywa,
Zbladła, drżąca już się chwieje,
I upada nieszczęśliwa!

Z zimnéj trumny upadł wianek,
W trumnie leżą jéj nadzieje,
Jedyny serca kochanek.
Na tło niebios poranku wyjaśnione tchnieniem
Słońce ognistym wskoczyło promieniem.
W koło niego złocone pływają obłoki,
Jak łodzie na ocean popchnięte szeroki.
Nad niemi purpurowy płaszcz rozwija zorze,
A świat dnia oczekując oniemiał w pokorze.
Za gaikiem, na dolinie;
Kraśnemi otoczon kwiatki,
Posrebrzany strumień płynie.
Daléj chatka, a z téj chatki,
Łzawych oczu i lica,
Wyszła rankiem dziewica.
Na świat, na słońce spojrzała w około —
I świat się do niéj uśmiechnął wesoło.
Przed nią wszystko uklękło, jak przed panią świata,
Ale jéj boleść serce skrwawione ugniata,
W ręku ma spleciony wianek
Z smutnych kwiatów, jak smutna jej duszy tęsknica
Patrzy — tam widać drogę; nad drogą — kaplica....
Tą drogą dawniéj przychodził kochanek,
I tą samą do niebios powędrował drogą.
Już go łzy i wzdychania obudzić nie mogą,
Już go tęsknemi nie zwabi oczyma,
Bo go na świecie niéma.

Tak duma smutna dziewica,
Rzuciła wianek u proga,
Łzą wybladłą zlała lica.
Patrzy — patrzy — zdala droga —
Nad drogą stoi kaplica. —
Tu strumyk, tu świeże kwiatki,
Tam grób kochanka i matki.
Dla niéj niéma nic na świecie —
Bo na świecie sama jedna!
Cóż pocznie sierota biedna?
Komu kraśny wianek splecie? —
Ach! ostatni splotła sobie,
Z nim smutna usnęła w grobie,
A tam daleko; tam w niebie,
Wianek z niebieskich kwiatków znalazła dla siebie!



PL Kraszewski Poezye 1843 ornament1.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.