Wicehrabia de Bragelonne/Tom I/Rozdział XXXVI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Dumas (ojciec)
Tytuł Wicehrabia de Bragelonne
Podtytuł Powieść
Data wydania 1929
Wydawnictwo Bibljoteka Rodzinna
Druk Drukarnia Literacka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Le Vicomte de Bragelonne
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ XXXVI.
DOMY PANA FOUQUET.

Podczas gdy d‘Artagnan powraca do Plancheta, oszołomiony, z głową ociężałą, skutkiem tego, co go spotkało najniespodziewaniej, odbyła się scena w innym zupełnie rodzaju, która jednak nie była obcą rozmowie, jaką nasz muszkieter świeżo prowadził z królem.
Tylko, że to, co mamy opowiedzieć, działo się opodal Paryża, w wiosce Saint-Mande, w domu, należącym do ministra skarbu, pana Fouquet.
Minister, razem z pierwszym sekretarzem, dźwigającym wielką tekę, pełną papierów do przejrzenia i takich, którym brakowało już tylko ostatniego podpisu, przybył do swej wielkiej posiadłości.
Było koło piątej godziny wieczorem, domownicy już zjedli obiad; przygotowywano kolację dla dwudziestu zaproszonych osób.
Pan minister wyskoczył z karety, wbiegł szybko do sieni, minął cały rząd świetnych apartamentów, i udał się prosto do swojego gabinetu, oświadczając, iż zamyka się z powodu nawału pracy. Zapowiedział także, aby pod żadnym pozorem nie przerywano mu samotności, chyba tylko na rozkaz królewski.
Zaraz po tej zapowiedzi, Fouquet zamknął się, a dwóch przybocznych lokajów stanęło przy drzwiach na straży. Wtedy minister nacisnął sprężynę a ruchoma ściana zasłoniła wejście, zapobiegając, aby nie doszło do niczyich uszu ni oczu to, co się działo w gabinecie. Zdaje się jednak, że tym razem Fouquet obwarował się w ten sposób dla własnego bezpieczeństwa, gdyż poszedł prosto do biurka, otworzył tekę i zaczął przeglądać masę nagromadzonych dokumentów.
W dziesięć minut zaledwie po wyjściu i zabezpieczeniu się, o jakiem mówiliśmy, usłyszał lekkie pukanie, w równych przerwach, jakgdyby ktoś pragnął zwrócić jego uwagę.
Fouquet podniósł głowę z nad papierów, i słuchał.
Pukanie nie ustawało.
Minister wstał z wyrazem zniecierpliwienia i poszedł prosto do wielkiego lustra, z za którego dochodziły te uderzenia dawane ręką, czy też za pomocą ukrytego mechanizmu.
Zwierciadło było wielkie, wmurowane w ścianę. Trzy inne odpowiedniej wielkości, zdobiły symetrycznie pokój. Nie było żadnej pomiędzy niemi różnicy.
Nie ulegało już wątpliwości, że pukanie to oznaczało jakieś wezwanie, gdyż za zbliżeniem Fouqueta ponowiło się i nie ustawało.
— O, — mruczał minister zdziwiony — któż tam jest u licha?.. Nie oczekuję przecie dzisiaj nikogo...
Chcąc zapewne odpowiedzieć na sygnał, wyjął z pod lustra gwoździk złocony i potrzykroć nim poruszył. Następnie wrócił na miejsce i usiadł.
— O!.. na honor!.. niech zaczekają — powiedział.
Zanurzył się na nowo w oceanie rozłożonych papierów, i zdawało się, że myśli o pracy jedynie.
Pośród tego gorączkowego zajęcia, krótkie uderzenia poza lustrem powtarzały się, coraz szybsze i jakby nalegające.
— Oho!.. zdaje się, że to kobieta traci cierpliwość — rzekł Foquet — no, no, uspokój się, moja pani... musi to być hrabina; lecz nie, przecie hrabina pozostała w Rambouillet na całe trzy dni. Może to pani prezydentowa... O!.. prezydentowa nie byłaby tak śmiałą; zadzwoniłaby pokornie i czekała, aż mi się spodoba odpowiedzieć... Z tego wypada, że nie wiem, kto tam być może, lecz wiem dobrze, kogo tam nie ma... Ponieważ to nie ty, margrabino... ponieważ niepodobieństwem jest, żebyś to ty była, najdroższa moja... zatem, nie dbam o wszystkie inne...
I pracował dalej, pomimo nieustannych nawoływań. Po kwandransie jednak stracił cierpliwość, dokończył gwałtownie zajęcia, wsunął papiery w tekę i rzucił okiem na lustro, podczas gdy uderzenia powtarzały się coraz bardziej naglące.
— Do licha — powiedział — skąd ta gwałtowność?.. Co się tam stało?.. Co to za Arjadna, oczekująca mnie tak niecierpliwie?.. Zobaczmy nareszcie.
Dotknął palcem gwoździa, podobnego do tego, jakim się wpierw posługiwał.
Natychmiast lustro otworzyło się jak drzwi i odsłoniło otwór w murze, dość głęboki, w którym minister znikł jak w pudełku.
Tam nacisnął znów sprężynę, a ściana się rozsunęła; wyszedł tym otworem, który sam za nim się zamknął.
Wtedy Fouquet spuścił się po schodach kręconych pod ziemię, aż stanął w krytym korytarzu, oświeconym małemi otworami w górze, z podłogą, wyłożoną płytami kamiennemi, ściany podziemia pokrywały maty, podłogę zaścielały dywany.
Korytarz podziemny przechodził pod ulicą, oddzielającą dom Fouqueta od parku Vinceńskiego. Przy końcu znajdowały się schody, odpowiadające tym, któremi Fouquet spuścił się na dół.
Wszedł na te schody, nacisnął sprężynę, podobną do tej, jaka była w jego gabinecie, znalazł się znów w rodzaju szafy w murze, a następnie w pokoju dużym, samotnym, lecz umeblowanym z wytworną elegancją. Stanął, przejrzał się starannie, czy lustro zamknięte jest bez żadnego śladu, zadowolony widocznie z oględzin dobył mały kluczyk, i otworzył potrójny zamek w drzwiach, znajdujących się naprzeciwko.
Tym razem drzwi prowadziły do gabinetu, przybranego z przepychem, w nim zaś na sofie w guście wschodnim, siedziała kobieta cudnej urody, która, na odgłos otwieranego zamku, zerwała się i podeszła do ministra.
— Na Boga!.. co widzę, — zawołał tenże, cofając się zdziwiony; — pani margrabina de Bellieres tutaj?..
— Tak — wyszeptała margrabina; — tak, to ja, panie...
— Margrabino, najdroższa margrabino, — dodał Fouquet, gotów paść przed nią na kolana; — a!.. powiedz przez Boga żywego, jak się tu dostałaś?.. A ja ci czekać kazałem!..
— Czy nie słyszałeś wezwania?..
— Ależ, słyszałem doskonale, lecz przyjść nie mogłem. Czyż podobna było przypuścić, że to pani, znając twoją dla mnie surowość... po tylu odmowach?.. Gdybym był przeczuł szczęście, jakie mnie oczekiwało, wierz mi, margrabino, rzuciłbym wszystko i przybiegł upaść do nóżek twoich, jak to w tej chwili robię...
Margrabina obejrzała się dokoła.
— Co tu tajemnic, co ostrożności, — mówiła z goryczą, — jak znać, że pragniesz miłostki twoje ukryć przed światem.
— Margrabino, błagam, nie czyń mi wymówek.
— Wymówki?.. czyż mam do nich prawo?..
— Nie, na moje nieszczęście; lecz powiedz mi, pani, którą kocham od roku bez wzajemności i nadziei...
— Mylisz się, panie; bez nadziei, to prawda, lecz nie bez wzajemności.
— O!.. dla mnie w miłości jest tylko jeden dowód, a tego czekam od dawna napróżno...
— Przynoszę go panu obecnie.
Fouquet chciał wziąć w objęcia margrabinę, lecz ona odepchnęła go lekko.
— Czyż zawsze mylnie będziesz pan tłomaczył moje postępowanie, i wzbraniał mi jedynej rzeczy, jaką ci mogę i chcę ofiarować, a tem jest poświęcenie?...
— Zatem, nie kochasz mnie pani; poświęcenie jest tylko cnotą a miłość namiętnością!..
— Posłuchaj, błagam cię... i zrozum, że nie przyszłabym tutaj bez bardzo ważnego powodu.
— Co mnie obchodzą wszystkie na świecie powody, kiedy mam szczęście mieć panią u siebie, mówić z nią, patrzeć w jej cudne oczy!.. — Masz pan rację, najważniejszym jest, że przyszłam niedostrzeżona przez nikogo i że mogę rozmówić się z panem...
Fouquet upadł na kolana.
— Mów, pani, mów, — powiedział — słucham cię...
— Przed chwilą — zaczęła margrabina, przesuwając po oczach rączką, jak z marmuru przez Fidjasza wykutą — tak, przed chwilą gotowa byłam wszystko wypowiedzieć, myśl moja była jasna, odważna; obecnie straciłam pewność, mieszam się, drżę cała; lękam się tego właśnie, że złą ci przyniosłam wiadomość...
— Jeżeli temu zawdzięczam obecność twoją, niech ta zła wiadomość będzie błogosławioną, albo, najdroższa, ponieważ jesteś tutaj, ponieważ wyznałaś, że nie jestem ci zupełnie obojętnym, dajmy pokój tej złej wieści, a mówmy tylko o tobie, margrabino...
— Nie, nie, przeciwnie, wymagaj, żądaj, żebym ci ją powiedziała natychmiast, żebym się nie dała owładnąć uczuciu; Fouquet, mój przyjacielu, tu chodzi o rzecz niezmiernie ważną.
— Zadziwiasz mnie, margrabino, powiem nawet, że przerażasz prawie, ty, zawsze tak rozważna, pełna zastanowienia, która znasz tak dobrze ludzi, z którymi żyjemy. Więc to coś tak ważnego?..
— O!.. bardzo, bardzo, posłuchaj tylko!..
— Powiedz najpierw, jakim sposobem dostałaś się tutaj?..
— Dowiesz się zaraz; lecz zacznijmy od najważniejszego.
— Mów; margrabino, mów!... błagam cię, miej litość nademną.
— Czy wiesz, że Colbert został intendentem skarbu?..
— Ba?.. Colbert, nic nieznaczący Colbert?..
— Tak, Colbert, mały Colbert.
— Zaufany pana Mazariniego?..
— Ten sam właśnie.
— Cóż w tem widzisz zatrważającego, droga margrabino?.. Colbert intendentem, to dziwne wprawdzie, lecz wcale nie straszne.
— Czy myślisz, że król bez żadnych, powodów wyniósł na takie stanowisko togo, którego ty nazywasz marnym pisarkiem?..
— Najsamprzód warto się przekonać, czy król naprawdę oddał mu te posadę?..
— Tak mówią.
— Kto mówi?..
— Wszyscy.
— Wszyscy, to znaczy, że nikt; wymień kogo dobrze powiadomionego, coby to mówił.
— Pani Vanel.
— A!.. zaczynam być w strachu, rzeczywiście — rzekł Fouquet śmiejąc się; — to znaczy, że osoba, która wymieniłaś, najlepiej może być powiadomiona.
— Nie obmawiaj biednej Margerty, panie Fouquet, bo ona kocha cię stale.
— Czy tak?.. to nie do uwierzenia. Sądziłem, że mały Colbert, jak mówiłaś przed chwila, odziedziczył tę miłość, zostawił na niej ślad atramentu i zabazgrał swojem pismem.
— Fouquet, Fouquet!.. otóż jakim jesteś, dla tych, które kochać przestałeś?..
— Czy teraz stajesz w obronie pani Vanel, kochana margrabino?..
— Tak jest, bo powtarzam, ona cię kocha zawsze, a na dowód tego, ona cię ostrzega i ocala.
— Za twojem pośrednictwem, margrabino; to bardzo zręczne z jej strony. Żaden anioł nie mógłby mi być milszym i pewniej do zbawienia doprowadzić. Lecz skąd pani znasz Margeritę?..
— To przyjaciółka moja z pensji.
Powiadasz zatem, że ona ci doniosła o mianowaniu Colberta intendentem?..
— Tak.
— Otóż wytłomacz mi, margrabino; pan Colbert został intendentem, wszak tak?.. W czemże taki intendent, to jest mój podwładny, mój kancelista, może mi szkodzić lub ujmę przynosić, choćby nim był taki pan Colbert?..
— Nie zastanowiłeś się widać, mój panie — odrzekła margrabina.
— Nad czem?..
— Nad tem, że Colbert cię nienawidzi.
— Mnie!... — zawołał Fouquet — o mój Boże, margrabino, skądże przybywasz?... Mnie wszyscy przecie nienawidzą, tak samo Colbert jak i inni.
— On więcej, niż inni.
— Niech będzie więcej.
— On żądny jest wyniesienia.
— Któż nim nie jest, margrabino?...
— Tak, lecz jego ambicja jest bez granic.
— Miałem dowód, przecież pragnął mnie zastąpić u pani Vanel.
— I udało mu się; pamiętaj o tem...
— Czy chcesz przez to powiedzieć, że ma zamiar z intendenta przejść na ministra skarbu?...
— Czyż się tego nie obawiasz?...
— Oho!... — rzekł Fouquet, — być moim następcą u pani Vanel to możebne, ale przy królu... to zupełnie co innego. Francji nie kupuje się tak łatwo, jak żonę nauczyciela arytmetyki.
— E, panie, wszystko nabyć można, jeżeli nie złotem, to intrygą.
— Pani wiesz, że tak nie jest; pani, której ofiarowałem miljony...
— Zamiast tych miljonów, trzeba mi było ofiarować miłość prawdziwą, niepodzielną, wyłączną... byłabym przyjęła. Widzisz zatem, że wszystko kupić można... nie tym, to innym sposobem.
— Więc pan Colbert, według twego zdania, jest w trakcie targowania się o moją posadę ministra. No, no, uspokój się, margrabino, za mało ma jeszcze pieniędzy, ażeby mógł ją kupić.
— A jeżeli ci ją ukradnie?...
— O!... to co innego. Na nieszczęście jednak, zanim do mnie się dobierze, to jest do składu i podstawy mojego urzędu, musiałby zniweczyć wiele prac i przedsięwzięć w toku, a ja diabelnie się ufortyfikowałem, kochana margrabino.
— Co nazywasz swojemi dziełami w toku?... są to zapewne ludzie tobie oddani, przez ciebie wyniesieni?... twoi przyjaciele, wszak prawda?...
— Naturalnie.
— Pan d‘Emerys jest także twoją kreaturą?...
— Tak.
— A pan Lyodot twoim przyjacielem?...
— Bezwątpienia.
— A pan Vanin?...
— A!... Vanin, niech z nim robią co chcą, lecz...
— Lecz?...
— Lecz niech innych nie tykają.
— Otóż, jeżeli chcesz, żeby nie wzięli się do pana d‘Emerys i pana Lyodot, to czas pomyśleć o tem.
— Kto im grozi?...
— Czy wysłuchasz mnie teraz?... Nie będziesz przerywał?...
— Mów, słucham.
— Otóż, dziś rano, Margerita po mnie przysłała.
— A!...
— Tak.
— Czegóż chciała od siebie?...
— „Nie mam odwagi widzieć się z panem Fouquet“, — powiedziała do mnie.
— Ba!... czyż sądzi, że robiłbym jej wymówki?... O, mój Boże, myli się bardzo, biedna kobieta.
— „Idź do niego, i powiedz, żeby się strzegł pana Colberta“.
— Jakto!... każe mi strzec się swego kochanka?...
— Mówiłam już, że ona cię kocha jeszcze.
— Co dalej, margrabino?...
— „Pan Colbert, — dodała — przyszedł przed dwiema godzinami i oznajmił mi, że został intendentem“
— Powiedziałem ci, margrabino, że to nic nie szkodzi, będę miał Colberta pod ręką, to nawet daleko lepiej.
— Tak, lecz to nie wszystko, jak ci wiadomo, Margerita jest w przyjaźni z panią d‘Emerys i z panią Lyodot.
— Tak.
— Otóż Colbert dużo jej mówił o wielkich bogactwach tych dwóch panów i o przywiązaniu i oddaniu ich dla pana.
— O!... tych dwóch jestem pewny; do śmierci wierni mi pozostaną.
— Następnie, ponieważ pani Vanel z powodu jakiejś wizyty, musiała zostawić samego pana Colberta, a ten zawsze jest gotów do pracy, otóż zaledwie odeszła, wyjął ołówek z kieszeni, a ponieważ papier leżał na stole, zaczął tym ołówkiem robić notatki.
— Notatki o panu Emerys i panu Lyodot?...
— Tak, właśnie.
— Ciekaw byłbym wiedzieć, co było w tych notatkach.
— Otóż ja właśnie przyniosłam te papiery.
— Pani Vanel wzięła notatki Colberta i mnie je przysłała?...
— Nie, lecz trafem, bardzo podobnym do cudu, dostała się jej kopją jego pisma.
— Jakim sposobem?...
— Posłuchaj. Mówiłem przecie, że Colbert zastał papier na stole.
— Tak.
— Że wyjął z kieszeni ołówek.
— Tak.
— I pisał na tym papierze.
— Tak.
— Otóż, ołówek był twardy. Na wierzchnim arkuszu, mocno przyciskając, pisał czarno, a na drugim, pod spodem leżącym odbijał wyrazy.
— A potem?...
— Colbert podarł pierwszy arkusz, lecz drugi na myśl mu nie przyszedł.
— Cóż z tego?...
— Na drugim można było wyczytać, co na pierwszym było wypisane: pani Vanel przeczytała i przysłała po mnie...
— A!...
— Przekonawszy się, że jestem ci oddaną przyjaciółką, powierzyła mi papier i zarazem tajemnice tego domu.
— Gdzież ten papier?... — zapytał Fouquet nieco zmieszany.
— Oto jest, przeczytaj pan, — rzekła margrabina.
Fouquet czytał:
„Nazwiska poborców, których osądzić i skazać potrzeba, przez najwyższą Izbę sądową: d‘Emerys, przyjaciel M. F.; Lyodot, przyjaciel M. F.; de Vanin, obojętny“.
— D‘Emerys, Lyodot?... — zawołał Fouquet, odczytując po raz drugi.
— Przyjaciele M. F. — wskazała paluszkiem margrabina.
— Lecz co znaczą te słowa: „Skazać w Izbie sądowej?“...
— Na Boga!... — rzekła margrabina — to jasne, zdaje mi się. Nie doszedłeś do końca jeszcze, czytajże, czytaj.
Fouquet czytał dalej:
„Dwóch pierwszych na śmierć, trzeciego wydalić, wspólnie z panem d‘Hautemont, z panem de la Valette, których majątki będą jedynie skonfiskowane“.
— Wielki Boże!... — wykrzyknął Fouquet — na śmierć, na śmierć Lyodot i d‘Emerys!... Choćby nawet sąd najwyższy skazał ich na śmierć, to przecie król nie podpisze wyroku, a nie ścina się głowy bez podpisu królewskiego.
— Król mianował intendentem pana Golberta!...
— O!... — zawołał Fouquet, jakgdyby ujrzał przepaść, roztwierającą się niespodzianie — to niepodobieństwo!... niepodobieństwo!... Lecz kto pociągnął ołówkiem pismo Colberta?...
— Ja, z obawy, żeby się nie zatarło.
— O!... ja się dowiem o wszystkiem!...
— Nic się nie dowiesz; zanadto pogardzasz twoim nieprzyjacielem...
— Przebacz mi, droga margrabino; posłuchaj łaskawie; tak, Colbert jest moim wrogiem, wierze temu; Colbert jest człowiekiem, wzbudzającym obawę, przyznaje; lecz ja mam czas przed sobą... a ponieważ jesteś tutaj, ponieważ dowiodłaś mi swego poświecenia, pozwoliłaś uwierzyć w miłość swoją, ponieważ sami jesteśmy...
— Przyszłam, ażeby cię ocalić, panie Fouquet, lecz nie dla tego, aby siebie zgubić — rzekła margrabina, powstając — zatem strzeż się...
— Margrabino, wierz mi, przerażasz się zbytecznie, chyba, że ten przestrach jest pretekstem...
— Colbert to twarde, niezbadane serce; strzeż się...
Fouquet podniósł się także.
— A ja?... — zapytał.
— O!... ty, ty masz tylko szlachetne serce. Strzeż się, strzeż.
— Zatem...
— Uczyniłam, co mi kazała powinność, mój przyjacielu, nie zważając, że mogę stracić opinję uczciwej kobiety. Żegnaj...
— Nie, nie, do widzenia.
— Może... — rzekła margrabina.
I, podawszy Fouquetowi rączkę do ucałowania, zmierzała śmiało do drzwi, tak, że Fouquet nie odważył się jej zatrzymać.
Gdy pozostał sam, westchnął ciężko i z głową spuszczoną, z chmurą na czole, zawrócił w ciemne przejście, wzdłuż którego po drucie metalowym przebiegały gorączkowe nawoływania rozkochanych piękności.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Aleksander Dumas (ojciec) i tłumacza: anonimowy.