W puszczy (Dygasiński)/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.




Tajemniczy strzał i zapowiedź wojny.


Było to w maju, wiosna napełniała powietrze balsamiczną wonią pękających drzew. Słońce nie weszło jeszcze, tylko purpura jutrzenki szeroko zalała niebo; pod obłokami skowronki rzewnym głosem wyciągały już swoje jakby nabożne pieśni; w kniei rozlegały się w gąszczach śpiewy kosów, niby ludzkie wygwizdywania. Trzęsie się bór czarodziejskim gwarem, a urok takiego poranku nie da się piórem opisać. Któżby powątpiewał, że ta muzyka, te rozgłosy szczęścia jedynie uczuciom miłości towarzyszyć mogą? Tylko potężne uczucie zdoła wyrwać z głębi istot żywych hymny wesela, tęsknoty i uwielbienia. Tam oto w gęstwinie, na suchym sęczku, z opuszczonemi skrzydły, z nieco zadartym ku górze ogonem, jakby z zachwyconemi oczyma, przysiadł żółtodzioby kos; świecą się jego czarne pióra, a melancholijne, tęskne gwizdanie, daleko w las leci. Zaskoczona przez dzienne brzaski, niby wieszczka puszczy, poważna, od stóp do głowy napuszona, tuż przy czarnej dziupli zasiadła znów sowa; światło ją razi, odurza, więc dlatego widać spogląda jakoś uroczyście, czasami głową kiwnie, okiem mrugnie, czasami ostrożnie posunie się na gałęzi, szukając głębszego cienia. A w górnych piętrach konarów, pod baldachimem miękkich wieńców, sypiących się gęsto z odrodzonego na wiosnę świerku, zatrzepotała skrzydłami para ze snu ockniętych turkawek; przelatują z gałęzi na gałąź, migają białe pióra ich ogonów, a one głosem się wabią, nawołując: „krrrru, krrrru!“ I wszędy słychać tęskne odgłosy przyzwania. Niedziw, bo pogody nocne bywają tu tak straszne, iż wczora jeszcze szczęśliwi narzeczeni lub nowożeńcy nazajutrz o świcie gorzko opłakiwać muszą rozłąkę. A i dzień nie każdemu też przychyla niebo szczęścia.
Ale jakiż to dziwny głos zabrzmiał? Co za osobliwsza kantata kniei? Niby świśnięcie rozległo się po boru. Może to bóstwo lasów wdzięczy się na powitanie młodego słońca? Cyt!... Coś jakby dudni, słychać: „Czczcz-jo!“ I zaraz potem: „Rrrrtuu-ruu-urrr!... Rrrrutuu-tuu-urrr!“ To cietrzew, przepyszny ptak, wygrywa i odprawia swoje miłosne tany! Cietrzew, wspaniała ozdoba lasów. Czarny, na szyi i głowie lśni się świetnością, nad oczyma nosi brwi purpurowe, w skrzydła ma wprawioną jakby przepaskę białą, a jego rozpięty wachlarz ogona obwiedziony jest w samym środku rąbkiem śnieżnej białości. Przypadł do ziemi, otulił ją skrzydłami, rozpostarł ogon, wyciągnął szyję; lubieżnie zmruża niekiedy oczy pełne jakiegoś płomiennego niepokoju, kręci się a zwija i przyśpiewuje sobie pieśń na poły miłosną, na poły wojenną.
Wtem niespodziewanie wypadł zdradziecki strzał, cietrzew podskoczył, wzniósł się nieco na skrzydłach i padł na ziemię, po której dopiero co pląsał; teraz trzepnął skrzydłem, drgnął szyją, grzebnął kilka razy nogami. Rozlana krew ptaka poczęła broczyć po młodej, zielonej trawie.
Z głębi krzewiny wysunął się pies na krótkich nogach, szedł z wystawionym naprzód nosem, wietrzył; wnet dotarł do zwłok cietrzewia, powąchał je, jak oprawca na śmierć zobojętniały, potem ujął silnie zębami i powlókł w krzaki.
Na krótką chwilę cisza zapanowała w całej okolicy: sfrunęły w trwodze turkawki, umilkło gwizdanie kosów, ustały głosy miłości i tęsknoty, sowa schowała się do dziupli.
Ale krótką musi być żałoba śmierci tam, gdzie śmierć nieustannie gości. Żywi żyć przecież muszą, a jak tu żyć bez kochania. Więc znów zagrzmiały radosne pieśni i przy nich olbrzymie oko słońca z pałającym żarem w źrenicy spojrzało na ziemię.
Wkrótce potem w lesie Orłowej Woli rozległy się znów ludzkie nawoływania:
— Hop! hop! — brzmiał głos donośny, dziwnie chrapliwy i dziki.
Po drodze biegła jakaś kobieta, nawoływała, wywijała rękoma, wodziła błędnem spojrzeniem. Wpadła na ścieżkę, zapuściła się w ostęp, w bór głęboki; tu nasłuchiwała wyraźnie i od czasu do czasu wydawała okrzyk:
— Hop! hop!
Wyszła nareszcie na małą polankę, na ług od rannej rosy błyszczący. Znać było na nim ślady świeżo przelanej krwi ptaka. Na ten widok kobieta przystanęła, oczy jej osłupiały, w ową krew wpatrując się z dziwną bacznością.
— Wojna! — wrzasnęła dziko, a echo odbiło wykrzyk.
Ona przysłuchiwała się echu.
— Tu była wojna, wojna! — wołała, tocząc dokoła przerażonym wzrokiem.
Ale fizyognomia jej zwolna traciła wyraz dzikości i przerażenia, oczy jej zaszły łzami, kobieta poczęła jęczeć, szlochać:
— Zabili go, zabili! — biadała wśród obfitych łez, załamując ręce ogorzałe od słońca, czarne prawie.
Porwała się wreszcie, poskoczyła w las i, biegnąc, wołała:
— Stasiu! Hop, hop! Stasiu!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.