W puszczy (Dygasiński)/Rozdział IV

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Dygasiński
Tytuł W puszczy
Pochodzenie Wilk, psy i ludzie. W puszczy
Data wydania 1898
Wydawnictwo Drukarnia Granowskiego i Sikorskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ IV.




Tynia, Marek Kukułka i Sobek Guzik.


Właścicielem Orłowej Woli z przyległościami był Kornel Maurycy Strojomirski, starzec bardzo już podeszły w lata, pan bogaty, nietylko jako posiadacz ziemi, lecz i kapitałów. Oszczędny, zapobiegliwy szlachcic, zgromadził znaczny majątek, który z dnia na dzień rósł nieustannie. Przyszłą dziedziczką całej tej fortuny miała być córka pana Kornela, Leontyna, jedynaczka, znana powszechnie pod imieniem Tyni. Dziewczę wychowało się prawie bez matki, która zmarła wtedy jeszcze, kiedy Tynia nie wyszła z lat niemowlęcych.
Trzebaby było zwiedzić dużo świata, aby znaleźć kobietę podobną do panny Leontyny. Tynia była hoża, posągowo zbudowana, piękna; w upodobaniach zaś swoich i w charakterze panna Strojomirska znalazłaby współzawodnika raczej wśród płci męzkiej, aniżeli między niewiastami. W postanowieniach swoich była nieugięta, trzęsła całym domem i robiła wszystko, co chciała. Ojciec okazywał tyle słabości względem jedynaczki, iż nigdy nie sprzeciwiał się najmniejszym jej zachceniom.
Jako panna bardzo bogata, uczyła się Tynia wszystkiego, co należy do wielkoświatowego wychowania. Swego czasu w Orłowej Woli była i francuzka z Paryża, i rodowita angielka, i znakomity metr muzyki, i dobrze urodzona polka, jako dama do towarzystwa. W siedemnastym roku życia dziewczyna dosięgnęła już całkowitego fizycznego rozwoju; miała wzrost wysoki i pełne ponęt kształty.
W tym czasie postanowiła wziąć rozbrat z nauką, więc wzięła. Zamknęła fortepian i przestała się egzercytować; wszystkie zaś książki, oraz kajeta, zapisane w różnych europejskich językach, poleciła zawrzeć w wielkiej szafie. Natomiast wydobyto na wierzch ubiór amazonki, szpicrózgę, siodło i munsztuki. Parę wierzchowców: klacz Atalantę i ogiera Pyrola prawie nieustannie i z kolei przeprowadzał masztalerz po dziedzińcu, a Tynia z istnie rycerskim zapałem konno goniła po polach, lasach, wąwozach. Wielki kudłaty chart, Jaśmin, był jej nierozdzielnym towarzyszem w tych wyprawach. Resztę pozostałego czasu panny Strojomirskiej wypełniały czynności takie, jak: strzelanie do celu z fuzyi, lub pistoletów, pływanie w czółnie po rzece albo jeziorze, polowanie. Ćwiczenia tego rodzaju rozwijały zręczność Leontyny i doskonaliły jej mięśniową energię. W Orłowej Woli bywało mało gości, bo Tynia, choć bardzo uprzejma, nie lubiła towarzystwa płci własnej i gotowa była ziewać w salonie wśród najbardziej doborowego zgromadzenia.
Jej ciemno-błękitne oczy iskrzyły się pełnią życia i składały szczere świadectwo, że ich posiadaczka nie może znieść żadnego narzuconego przymusu. Dwa grube warkocze ciemno-blond włosów spadały na barki i, sięgając poniżej pasa, stanowiły wspaniałą niewieścią ozdobę. Na licu kwitł rumieniec, istny kwiat rzetelnego szczęścia, oraz zdrowia, o czem też najniewątpliwiej świadczył wesoły, pełen swobody i dziecięcej prawie naiwności uśmiech. Dodajmy małe, karminowe usteczka, dozwalające widzieć dwa rzędy śnieżnej białości ząbków, a będziemy mieli obraz Leontyny Strojomirskiej.
Tynia była też po części wychowanką puszczy, oddychała powietrzem boru, brała udział w życiu jego. Słuchała legend o Kostuchu, opowiadań o nadzwyczajnym odyńcu, zwanym Austryakiem, o bandzie złodziei, którzy tu mieli swoją siedzibę, o przemytnikach i t. d.
Chodzącą kroniką puszczy był Marek Kukułka, strażnik leśny i nadworny strzelec Strojomirskiego. Był to zapalony myśliwy i ulubieniec Tyni. Dotychczas nie wiadomo, czy i on kiedybądź w życiu spotkał Kostucha, choć opisywał kłusownika z nadzwyczajną dokładnością. Napewno możemy tylko powiedzieć, że Kukułka niejednokrotnie był na tropie jakiegoś tajemniczego łowcy, a ponieważ stary umiał z tropu opowiadać rzeczywiste nocne przygody sarn, dzików, wilków, zajęcy, przeto mógł wnioskowanie swoje zastosować i do człowieka.
Jednakże pod tym względem uderzały go różne nadzwyczajności. Tropy Kostucha były jakby nieludzkie, oznaczały niekiedy tylko pół stopy, a przytem miały miejsce klucze o wiele zawilsze, aniżeli zajęcze. Kukułka klął się publicznie, że jeśli kiedy spotka oko w oko bobrującego po kniejach kłusownika, palnie mu w łeb bez żadnego skrupułu. „Bo taki tępiciel zwierzyny — mawiał stary strzelec — gorszy jest przecież od razem wziętych: wilka, lisa i jastrzębia.“
Jednakże w tej mowie starca była przechwałka, bo w gruncie rzeczy bał on się Kostucha nadzwyczajnie, a ilekroć o nim opowiadał lub mu się odgrażał, robił to zawsze dosyć pocichu i przytem oglądał się na wszystkie strony. Któż tam mógł wiedzieć, czy w dzień albo w nocy tajemniczy ów bohater nie siedzi gdzie przyczajony, czy z krzaka, albo gdzieś z gęstwiny konarów nie bierze na cel głowy twojej? Strzeli, zabije, nie potrzebuje nawet trupa zakopywać, lub w bagno rzucać, bo pogrzebu dopełnią wilki, lisy i kruki. To też Kukułka rzadko kiedy sam puszczał się nocą do boru; częstokroć, chociaż strzał posłyszał, chociaż był pewnym, że to grzmi strzelba kłusownika, nie kwapił się jednak zbytecznie i pomimo całej zawziętości, puszczał płazem rabusia. Dopiero w parę godzin, albo i nazajutrz, dobrawszy sobie nieraz drugiego strzelca do pomocy, sprawdzał krew przelaną, przekonywał się z rozmaitych znaków, jaki mianowicie gatunek zwierza padł ofiarą.
Zresztą nikt lepiej od Marka Kukułki nie pojmował, że takiego gracza jak Kostuch bardzo trudno jest dojść, gdy się zaszył w knieję. Z nim i obława niewieleby pomogła. Bo kłusownik widocznie miał wyborny wiatr i słuch nadzwyczajny, a przytem tak rozumiał całe położenie, tak dobrze wiedział, gdzie w danej chwili mogą być ludzie, a gdzie zwierzęta, iż podobno tylko z jednymi złodziejami miał parę razy niespodziewane spotkanie w nocy.
Hersztem bandy złodziejów, ukrywających się w puszczy, był Sobek Guzik, człowiek, który już żadną miarą nie mógł być za mit poczytywany. Ten zuchwały rabuś niejednokrotnie dostawał się w ręce sprawiedliwości, ale żadne łańcuchy nie zdołały go skuć tak mocno, aby się z nich wyzwolić nie umiał. Był on straszną plagą okolicy w kilkomilowym promieniu. Każda noc stanowiła dla niego dobrą sposobność wyłamywania zamków, rabowania, a w razie potrzeby, popełnienia nawet morderstwa. Rzecz dziwna, Guzik chodził nieraz do karczem poblizkich, do miasteczka na jarmarki, kumał się z różnymi chłopami i nie stroniono tak dalece od niego, podczas gdy tajemniczą mgłą mitu przyodzianego Kostucha uważano na równi z dyabłem. Sam Guzik miał gdzieś komuś opowiadać, że z powodu kłusownika nigdy nie może należycie utaić skradzionych rzeczy, że Kostuch już niejednokrotnie zniweczył złodziejskie plany i przyłożył się w tajemniczy sposób do wykrycia rozmaitych kradzieży. Naczelnik rabusiów także więc zaprzysiągł zemstę Kostuchowi, obiecując go powiesić przy spotkaniu „na pierwszej lepszej gałęzi.“ Tego rodzaju obietnica była znacznie poważniejsza, niż groźby Kukułki, ponieważ zemsta, zapowiedziana przez złych ludzi, ma zawsze daleko większe widoki powodzenia; przytem Guzik z bezczelnem zuchwalstwem łączył siłę olbrzyma.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Dygasiński.