W polu (Reymont, 1915)

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
>>> Dane tekstu >>>
Autor Władysław Stanisław Reymont
Tytuł W polu
Wydawca „Wieś i Dwór”
Data wydania 1915
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI (testowo)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Wł. St. Reymont

Wł. St. Reymont
W polu.

Michał Kozioł porwał się gwałtownie z barłogu, jakby na mocny głos, wrzeszczący mu do ucha, by wstawał czemprędzej. Nie dojrzał jednak nikogo, w ciemnościach rozlegały się jeno chrapania śpiących. To znowu wyraźnie usłyszał, jako ktoś chodzi nad nim po rumowiskach chałupy. Wylazł śpiesznie z głębokiego dołu na świat, przytaił dech i napróżno brodził oczami w ciemnościach i nasłuchiwał. Noc jeszcze była zupełna. Na wsi piały pierwsze kury, od pól niedojrzanych zawiewał ciepły, wilgotny wiatr, zapach gorzkawy pogorzeli zawiercił w nozdrzach. Na szarem niebie przewalały się bure kołtuny chmur, podobne topniejącym śniegom, ni jedna gwiazda nie zamigotała na wysokościach; zasię nad pobliskiemi borami, majaczącemi czarną, falistą ścianą, strzelały nieustannie ciche, ogniste świece, całe płonące zielonawem światłem. Biły wysoko nad lasy, zawisały długą chwilę w powietrzu i rozsypywały się zwolna w skrzący obłok pyłów. Zwyczajny był tych niemieckich sposobów, więc dziwną mu tylko była cichość dzisiejszej nocy. Jakże, ni huku armat, ni trzasku karabinów, nic...
— To niedarmo, rychtują ścierwa jakąś sztukę — pomyślał, wracając do dołu pod rumowiska chałupy. Przyległ na barłogu, obtulił się kożuchem, ale już nie zasnął, bowiem ustawicznie coś mu gadało do ucha.
— Co to może być? — medytował, próbując cośkolwiek pomiarkować. Głosy były nie do rozeznania i napływały jakby z głębin ziemi, brzmiały niekiedy, jak ściszony szloch, to jękiem się wydawały, to wołaniem długiem, żałosnem, dalekiem. Strach nim zatargał gwałtownie.
— Nic, jeno dusze pobitych lamentują o poratunek. Lutry to przeklęte, niemce, ale... — Wzdrygnął się, odmówił pacierz i rozbudził żonę.
— Matka, możeby dać na mszę za tych pochowanych na ogrodzie.
— Co ci się troi! Ale, za takich psubratów dawałabym na mszę — podjęła zapalczywie. — A kto nas przywiódł do takiej marnacji, że ino kij wziąć a torby i na świat iść po proszonem. Może nie te piekielniki, co?
— Prawda. Jezu miłościwy! — Westchnął i przypomnienie strat poniesionych zwaliło się na niego strasznym ciężarem. Że już ledwie dychał z udręki, że już ledwie mógł wstrzymać krzyk rozpaczy.
— Cóż człowiek mocen przeciw złej doli, co? — zażalił się, przygnieciony ogromem własnego nieszczęścia. — Nieprzeliczone tysiące ciągnęło tych zbójów, a każdy łakomy na cudze, a każdy rwał, co mu się żywnie podobało, a każdy się pasł chłopską krwawicą. Ziemia jeno ostała i zgliszcza, goła ziemia i krzywda! Słuchasz to, matka?
Dosłyszawszy chrapanie w odpowiedzi, zwlókł się pocichu i wyszedł znowu na świat. Wstawał już ciepły, kwietniowy dzień, świtało, ciemności rzedły z minuty na minutę, w brzaskach zórz zapalały się wody porozlewane. Miało się na pogodę. Przysiadł na rumowiskach chałupy i wpił się żałosnemi oczami w swoje zagony, wyłaniające się na jaśnię poranka; leżały martwe, poszarpane dołami, poryte, wytratowane i rozjeżdżone, że jeno tu i owdzie dawała się widzieć płachta nietkniętej oziminy.
— Cóż ja wam poredzę, sieroty, co? — jęknął w bezsilnej żałości. Zawrócił śpiesznie w obejście. Pożal się Boże, jak wyglądała jego gospodarka: ze stodoły pozostały jeno murowane słupy; na miejsce obór i stajni widniała kupa gruzów, dom piętrzył się stosem cegły i opalonego drzewa, z którego wystawał przetrącony kulami osztych komina. Spory sad był również poszarpany na strzępy, ruina pokazywała swój doskonały obraz. Ocalała tylko murowana piwnica w podwórzu, nakryta grubą warstwą ziemi, w niej też chroniła się resztka dobytku: stał wychudzony koń, leżała jedyna krowina i w grudce pochrząkiwała maciora z prosiętami. W kącie, na wiązce słomy, chrapał jego najmłodszy Jasiek. Nie budził go, bo i po co? Była to jaka robota? Przecież w polu ani sposób się pokazać, strzelali do każdego! Mój Jezu, wiosna w pełni, ciepło, ziemia prawie kipi od rostu, a ty człowieku patrz jeno i czekaj zmiłowania boskiego! Gniew nim zatargał. Podrzucił koniowi siana, gdy naraz zadygotała ziemia i straszliwy huk rozdarł powietrze.
— Niemieckie skowronki! — szepnął nienawistnie, wybiegając zobaczyć, gdzie upadł pocisk! Właśnie był słup ziemi wychlustywał pod lasem.
— Na mojej pszenicy! Ażeby wam kulasy poodejmowało! — zaklął.
Dzień się już był zrobił niemały i jak zwyczajnie przed samym wschodem słońca, skowronkowe pieśnie jęły dzwonić po polach, lecz rychło umilkły, bowiem armaty zaczynały swoje codzienne pacierze. Las oddawał huki bełkotliwemi echami, a przywtórzały im trzaski karabinów. Kozioł wzruszył niecierpliwie ramionami i poszedł na wieś. Leżała również w ruinie, spalona i rozbita prawie do fundamentów, robiła wrażenie żałosnego cmentarzyska. Ze stu z górą chałup, utrzymało się jakimś cudem kilkanaście, a i to podziurawionych, niby rzeszoto i z poutrącanemi kominami. Z ogromnych, odwiecznych topoli przy drodze, pozostały jeno kikuty, żałośnie sterczące ku niebu. Kościół, stojący na górce w pośrodku wsi, był jedną kupą gruzów i ścian poszarpanych. Nabożeństwo odprawiało się pod nim, w głębokich sklepach, gdzie chowano kiedyś dziedziców. Plebanja była również zbombardowana i ksiądz mieszkał w piwnicy. Nie ominęła tej wsi nieszczęsnej ani jedna z okropności wojny, nie oszczędziły jej kule, nie oszczędziły pożary i nie oszczędziły rabunki. Większość mieszkańców rozbiegła się po świecie, a co pozostało kobiet, dzieci i starców, tuliło się po dołach i ruinach, przymierając głodem i wyczekując na cud zmiłowania. Przywarli tak mocno do ziemi rodzonej, do kątów odwiecznych, do ruin i grobów, że nie potrafiły ich wygnać żołnierskie swywole, ni nawet kule niemieckie, zalatujące codziennie i o każdej porze. Ni te grzmoty ustawiczne dział, ni bitwy, ni pożary i rabunki, ni nieustanna groza śmierci, czyhającej na każdem miejscu i o każdym czasie. Jednym cmentarzem stała się wieś, że strach było patrzeć na ruiny i zniszczenie. Drogi leżały puste, nawet psa nigdzie nie napotkał, ludzie tygodniami nie wyłazili z nor swoich. Tyle ich zobaczył, jak kogoś wyprowadzali na cmentarz, marli bowiem gęsto, zwłaszcza dzieci snęły, jak ptaki, od głodu, od zimna, od chorób wszelakich. Jakby jeszcze mało było mogił i krzyżów na polach, zrytych okopami.
— Snać na zatracenie wydał nas Pan Jezus! — medytował Michał, obrzucając z górki przed kościołem całą wieś, widną, jak na dłoni. Stara Marcinowa zjawiła się zkądściś z nowinami i zatrajkotała:
— Wiecie, mój Franek powrócił, przyniósł sporo grosza i korzec grochu.
— Niech posieje, niemce mu niezgorzej zabronują — mruknął urągliwie i zadarł głowę na parę bocianów, kołujących nad kościołem.
— W samą porę przyleciały — zagadała z uśmiechem. — Czeka je robota, tylu dziewkom pomogła wojna... Bieda jeno, że niewiadomo, kaj niemiec wyjrzy na świat, a gdzie kozak...
Poleciała dalej roznosić nowiny, a Michał patrzył za bocianami, które przysiadły na złomie ściany kościelnej, zaklekotały rozgłośnie i poniosły się nad wieś, napróżno wyszukując zwalonego gniazda. Krążyły coraz niżej i krzyczały coraz żałośliwiej i boleśniej.
— Nawet ptakom przyniesły krzywdę! Nikomu nie przepuszczają.
— Kazałem na lipę wciągnąć bronę, może się zagnieżdżą — mówił ksiądz, stając przy nim. — Od wczoraj latają i skarżą się, aż serce ściska. Zestrzelili gniazdo biedotom — szeptał. Stary był, chudy, przygarbiony i prawie w łachmanach, z twarzy bladej patrzyła mu niezgłębiona dobroć i niebieskie, dziecinnie ufne oczy. — Jakże się masz? Zdrowi twoi?
— Bóg zapłać. Spycha się dzień nocą i tak w kółko. — Pocałował go w rękę.
— Słyszałeś, w nocy wrócił Franek z Koziarą, Bóg da, wrócą i drudzy.
— A co tam komu za niewola powracać na nieszczęście...
— Czemuś to nie uciekł, tylko siedzisz, jak kamień?
— Ja?.. Gdzież to pójdę i po co! Mało to swoich dałem wojnie, może już ziemię gryzą... Na tułaczkę nie pójdę... Moja to ziemia od dziada pradziada, jakże mi ją odbieżyć i we świat iść obcy!
— Wiosna ich przynagla i rodzona ziemia woła do roboty. Tylko patrzeć, jak się wszyscy zbiorą z nawrotem. Nie bój się, i na niemce przyjdzie godzina kary. Mówię ci, człowieku, że Bóg ma więcej, niźli rozdał i nie da ukrzywdzić sprawiedliwego, — wyrzekł z namaszczeniem i podreptał na wieś. Pilno mu było do biedoty, do tych jam i nor, zionących wilgocią, chorobami i nieszczęściem. Opatrznością bowiem stał się dla wszystkich, chociaż sam często gęsto przymierał głodem i mieszkał w nieopalanej piwnicy.
Zastanowiły Michała księże słowa, obracał je w głowie i rozważał.
— Ziemia woła do roboty! Juści! — Rozejrzał się, jakby oprzytomnionemi oczami. Słońce już wypływało z nad borów, niby złotem jaśniejąca monstrancja, wynosząca się coraz wyżej nad światem. W bladawem jeszcze świetle ożyły czarne, stratowane zagony, zazieleniły się skrawki ozimin i wody szeroko porozlewane zagrały blaskami. Wiosna szła całym światem i jakby na przekór niemilknącym grzmotom dział, jakby na przekór szalejącej śmierci i mogiłom gęsto usypanym, posiewała królewską dłonią nowe, bujne i radosne życie. Armaty huczały ponurym basem, tu i owdzie z pól wytryskiwały słupy ognia, dymów i ziemi, na widnokręgu przesuwały się szare łańcuchy żołnierzy, jadowicie błyszczały stalowe płoty bagnetów, wskroś pól przeciągały nieskończone obozy, czasem na przełaj, po oziminach, leciała kawalerja, czasem rwał się okropny, wstrząsający krzyk mordujących się nawzajem i groza pokazywała twarz przerażenia.
Ale wśród tych huraganów człowieczej złości i zbrodni rodziły się dnie coraz bardziej nagrzane i pod tkliwemi całunkami słońca ziemia zdała się dygotać i prężyć warem wzbierającej mocy, tryskały liście z drzew okaleczałych, zieleniły się pola, zakwitały ciernie, a tu i owdzie dzikie wiśnie przyokrywały się w śnieżne przyodziewy, kaczeńce tkały złotolite kobierce i wszystkim światem przepływał wzmożony, nieśmiertelny hymn życia.
Z jam i rumowisk wypełzali ludzie, wylękłe, spalone łzami niedoli oczy ze zdumieniem widziały słońce i wiosnę, usta się uśmiechały, nadzieja wstępowała w udręczone serca. Zaroiły się sady, wietrzono pościele, gdzie już zadzwoniły dziecinne głosy, nikt już nie potrafił wysiedzieć pod ziemią, raz poraz ktoś przebierał się chyłkiem w pola, ku swoim zagonom. Na ogrodach, po miejscach zasłoniętych rumowiskami, kopano ziemię i zasiewano rozsady. A kiedy któraś z gospodyń wypuściła do sadu parę gąsek, jakimś cudem ocalonych, pół wsi się zbiegło patrzeć i lubować gęsiorowym gęgotem. Michał Kozieł chodził jakby pijany. Po wiele razy w dzień i w nocy wyłaził w pole na zwiady, trawiąc długie godziny na medytacjach. Coś się z nim wyrabiało nieopowiedzianego. Nie mógł jeść i nie mógł całkiem sypiać, wychudł na szczapę, ledwie już nogami powłóczył, a nie potrafił usiedzieć na miejscu, takie go żarły ognie nieugaszone niczem. Jakże, trzydzieści morgów jego ziemi czekało, trzydzieści morgów wołało na niego słodkim, nakazującym głosem. A on słyszał, czuł, i rozumiał, i chodził, szarpiąc się w bezradnej męce. Z dnia na dzień bowiem wyczekiwał, aż to przeklęte ptactwo kul przestanie krążyć nad jego polami. Ale wciąż słyszał ich piekielny chichot, wciąż żelazne szpony rozdzierały mu ziemię i wybijały doły. Śmierć pewna tam czyhała na każdego śmiałka. Dobrze wiedział, ile co dnia wynoszą rannych, ile pod lasem przybywa mogił i krzyżów. A pomimo tego wkońcu nie wytrzymał. Któregoś ranka o świtaniu przykazał Jaśkowi zakładać konia do pługa.
Zastąpiła mu żona drogę z niemałym lamentem.
— Naści głupi! Kaj to jedziesz? — Na czystą zgubę!
— Nie twoja sprawa. Wynieś jęczmień na słońce i przesusz.
— Twoja wola, jeno Jaśka ci nie dam. Ostatni mi został, a ty go na śmierć pewną zabierasz. Loboga, ludzie ratujcie! — ryczała.
Nie dał się i, nie zważając na płacze i prośby, ruszył z chłopakiem w pole. Prawie pod lasem leżało kartoflisko, które chciał zorać pod jęczmień, tam właśnie, gdzie najczęściej padały pociski. Stanął nieustraszony na stanowisku, przeżegnał się, lejce zarzucił na szyję, Jaśkowi kazał prowadzić konia przy pysku, by się nie strachał strzałami, ujął pług mocną dłonią i zaczął orać. Dojechał końca, zawrócił i kładł skibę za skibą, równo i spokojnie, nie zważając na strzały, ni niedalekie wybuchy. Orał zawzięcie, z lubością, wpierając bose nogi w wilgotną, chłodną ziemię, radośnie patrzył na lśniące, tłuste, czarne skiby. Rzeźwy a ostry zapach ziemi upajał go jakby kadzielnemi dymami w czas podniesienia. Hej, co mu tam wojna i kule! Zagon swój własny orze, pod chleb uprawia rolę, jak jego ojce i dziady robiły, jak jego wnuki robić będą. Szczęsny spokój przepełnił mu duszę, pan ci on jest nad pany, gospodarz prawy i wierny posłusznik tej świętej ziemi. Cichość się w nim rozrosła ogromna, cichość pełna tajemniczych, wiośnianych poczynań i marzeń, jako w tej ziemi rodzącej.
— Tatulu, strzylają! — wołał niekiedy Jasiek, trwożnie zezując na boki.
— Nowineś rzekł. Niech se strzylają. Co nam do tego. Weź no krócej kobyłę, bo ci się nieco stracha. Wio maluśka, wio! Karemi, toby się zaorało do wieczora. Mój Boże, co się tam stało z niemi!
Już piąty zagon doorywał, gdy przyleciał z krzykiem jakiś starszy.
— Człowieku, czyś ty rozum stracił? Uciekaj, bo cię zabiją...
— I... przecież nie do mnie strzylają! Komu straszno, niechże se ucieka, mnie zaś pilna orka wypadła. Ja tu na swojem siedzę...
I orał, nie bacząc na coraz częstsze strzały i dzikie wrzaski bitwy, buchające gdzieś z za lasów; nie zeszedł z roboty aż pod wieczór. Nazajutrz już parę pługów ukazało się na polach, a Józefowa, której chłopa wzięli do wojska, woziła krową nawóz pod kartofle.
— Jaka to gospodyni! — wyrzekł z uznaniem Michał — i kupy układa akuratnie. Drugie poradzą się jeno żalić i lamentować.
Kończył już orać, gdy przyleciała do niego z wrzaskiem Maryna.
— Tatulu! Sikorę rozerwało wraz z pługiem i koniem.
— Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie — wyszeptał, obcierając uznojone czoło. — Co Pan Jezus komu przeznaczy, to go nie minie! Wio, maluśki! Popędzaj Jasiek, musim doorać...
A nazajutrz o świtaniu również stanął do roboty, stanęli i drudzy, zachęceni jego przykładem, że na polach w kurzawie płomienistych wybuchów, pod gradem kul, nieustannie świszczących, zaroiło się od ludzi. Kurczył się nie jeden, żegnał, pacierz odmawiał, czasem trwożnie przechylał głowę, gdy pocisk nizko zawarczał, ale z placu nikt nie ustępował. Nic to, iż nazajutrz przywlekli z pola starą Marcinową, ciężko poranioną, że tegoż jeszcze dnia Nawrockiemu oberwało nogę, a chłopaka Koziarów porwało na strzępy. Nie powstrzymało to nikogo. Jeno wzmogły się ciche płacze głuchą nocą, jeno żałosne lamenty rodzin pokrzywdzonych zakwiliły rzęsiściej pod rozwalonym kościołem, zasię reszta, zarówno chłopi, jak kobiety, dziewki, jak i wyrostki, wychodzili nieustraszenie na robotę. Kto padł, po tym mówiono pacierze, a pozostali, niby żołnierze świętej sprawy, stawali w kornym ordynku, posłuszni nakazowi ziemi. Robili, co byli powinni. Wypadło oddać tej rodnej ziemi ostatek krwie, ostatni dech, oddawali ze spokojną rezygnacją. Próżno ksiądz z dobroci serca ostrzegał, powstrzymywał i tłumaczył:
— Niedość, że zabiją, ale i roboty nic nie pozostanie, wytratują...
— Śmierć swoje, a ty, chłopie rób swoje! — odparł na to Michał Kozieł i wyjechał z pługiem na rolę; drudzy też nie posłuchali dobrodzieja.
Na nieszczęście bitwy się wzmagały z dnia na dzień i takie huragany pocisków rwały się na polach, że roboty w dzień, przy słońcu, musiano wreszcie zaprzestać. Zalegli w dołach i jamach, ponuro nasłuchując piekielnego warkotu armat, ale skoro jeno zmroczało, cała wieś stanęła do przerwanych robót. Kto jeno żył, ruszył w pola i gorączkowo pracował. Przyświecały im krwawe łuny pożarów, wybuchy bomb i omylone gwiazdy.
Michał Kozieł zaraz z wieczora zniósł worki z jęczmieniem na swoje zagony i zabrał się do siewu. Przepasany białą płachtą i kolebiąc się z boku na bok, rozsiewał zboże półkolistym, błogosławiącym ruchem. Jasiek bronował. Noc była szara, mętna i często rozdzierana blaskiem wybuchów i rakiet. Niekiedy brzęczały karabinowe kule, niekiedy okropny grzmot wstrząsnął powietrzem i słupy ognia buchały w niebo, a czasami białe, straszliwie wytrzeszczone oczy reflektorów spadały na pola i, mknąc cicho po zagonach, szukały uporczywie i długo... Wtedy, w tem świetle widmowem widać było przygarbione sylwetki ludzi, martwe wody i każdą fałdę ziemi. Zasię potem, w miejsca tknięte tem okiem piekielnem, biły długo i z nienawiścią bomby i szrapnele. Michał Kozieł nie zważał na nic, co się dokoła wyrabiało, śpieszył się jeno i już dosiewał trzeci zagon, gdy naraz zakręcił się w miejscu i przysiadł w bruździe. Straszliwie zabolały go piersi, ledwie dech poradził złapać, ból łamał mu żebra, nie jęknął jednak i, przywoławszy Jaśka, oddał mu płachtę ze zbożem i rzekł cicho:
— Dosiej synu... jakoś me zamroczyło... wytchnę nieco...
Jasiek posłusznie zastąpił rodzica i chociaż się uginał pod ciężarem, siał tym samym prawiecznym ruchem siewców całego świata, tak samo jak ojciec, kolebiąc się z nogi na nogę, siał równo, akuratnie, cierpliwie i spokojnie.
Michał Kozieł spoglądał za nim uważnie... sen go nagle ogarniał... chciał się zerwać... chciał coś wołać... wytężał oczy... noc mu przysłaniała wszystko... Chłopak był coraz dalej... cieniem się wydawał... nikłym, dalekim cieniem... a każdy grzmot armaty bił go prosto w serce, rozrywał na ćwierci, zabijał. Naraz — sprostował się, coś zabełkotał, rozkrzyżował ręce i padł w tył na czarną, spulchnioną ziemię, jakoby w matczyne miłujące objęcia.
A Jasiek siał niestrudzenie.

Wł. St. Reymont
„Wieś i Dwór“ Nr. 5 i 6-ty 1915 r.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Stanisław Reymont.