W podziemiach ruin (Gruszecki)/III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Artur Gruszecki
Tytuł W podziemiach ruin
Data wydania 1898
Wydawnictwo Wydawnictwo Michała Arcta
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


III.

Oświadczyny.

Dwa tygodnie minęły spokojnie po wyjeździe kasztelana, zapomniano prawie o Niemcu, gdyż chodziły głucho wieści o wojnie szwedzkiej, rozpoczętej wbrew woli senatu i sejmu, a one bardziej zajmowały Ostrów, aniżeli sprawa grafa.
Wtem jednego popołudnia zagrały trąby przed Ostrowom, i strojnie a zbrojnie, w sześć koni wjechał na zamek graf von Tannenburg.
Chorąży zły chciał się uwolnić od przyjęcia udaną chorobą, ale chorążyna umiała ugłaskać mężai[1] skłonić do pozornej przynajmniej gościnności.
— Tylko mi aśćka Anielki nie pokazuj, to ci mówię wyraźnie.
— Już jegomość może być spokojny o Anielkę; ja wyjść do gościa muszę, bo takie prawo gościnności, ale nie obaczy on córek moich.
Wreszcie weszli oboje do sali jadalnej i kazali prosić grafa na skromny posiłek.
Niemiec wszedł śmiało, niemal dumnie i, schyliwszy głowę w stronę pani domu, rzekł złą polszczyzną;
— Takie dziwne i nieprawdopodobne wieści przyniósł mi list kasztelana, że muszę je sprawdzić osobiście. Prosiłbym więc o chwilę rozmowy.
Chorąży z gniewu zaczął sapać i wąsa targać, ale chorążyna odpowiedziała z uśmiechem:
— Zapewne i do pana grafa doszły słuchy o nowej wojnie, nie dziwię się, że chce je pan sprawdzić i miło mi, iż w dalekiej podróży możemy go ugościć chwilowo.
— Wojna, wojna — odparł graf zmieszany trochę — ale ja mam własny interes, który chciałbym zakończyć, i jestem pewien, że z panem chorążym, jako człekiem rycerskim, łatwo dojdę do ładu. Tymczasem, zanim wojna wybuchnie — uśmiechnął się ironicznie — pozwólcie złożyć u stóp waszych słowa głębokiego szacunku, z jakim dla was jestem zawsze.
Ucałował rękę chorążyny, uścisnął prawicę chorążego, który zwolna, jak gdyby zmuszony, mówił:
— Cieszy mnie, panie grafie, że mój zameczek, jako leżący przy drodze z Marchii do Polski, został obrany na miejsce odpoczynku. Witaj nam jako gość, bądź pozdrowiony.
Młody graf aż pobladł z gniewu, położył rękę na szpadzie, ale pomiarkował się, musnął tylko wąsika i na zaproszenie chorążyny siadł do skromnego posiłku.
W rozmowie oświadczył Niemiec, że Karol XII, król szwedzki, już wkroczył na Litwę i przysłał posłów do księcia Brandeburgii z propozycyą wspólnego uderzenia na Rzeczpospolitą. Książe wzdraga się jeszcze, ale co znamienitsze rycerstwo ochotnie idzie pod sztandary protestanckiego króla.
— A waszmość, panie grafie? — spytał chorąży.
— Jeszcze nie wiem, — odpowiedział Niemiec patrząc mu w oczy śmiało. — Jeżeli znajdę tu, w Polsce krewnych, pójdę na Szwedów, uchybią zasię mej godności, to o lekarstwo przecież nietrudno.
— To jest tak, panie grafie — przerwał żywo chorąży — kto nie chwyta za ogień, ten się nie poparzy.
— Ja też nie po ogień, ale po ochłodę przyjechałem.
I już miał powstać, by uczynić wyznanie afektów, gdy drzwi się otworzyły, i wszedł Michał Ziembiński, donosząc chorążemu o przybyciu posłańca z pilnym listem.
Graf, który z dawniejszej bytności znał Ziembińskiego, zwrócił się do niego z zapytaniem:
— Mości panie Ziembiński, a nie znacie wy Jakubowskiego?
— Znam, albo co?
— Przyszedł do mnie prosić się o siużbę[2] i powoływał się na wasze świadectwo. Kazałem mu zgłosić się później, póki nie dowiem się, co zacz. Cóż powiadacie?
— Przyjmie go pan graf, dobrze; nie przyjmie, także dobrze. Kiedyś go znalem, dziś umarł on dla mnie. — Następnie zwrócił się do chorążego ze słowami: — Co pan chorąży każe powiedzieć posłańcowi?
— Przynieś mi waszmość list, panie Michale.
Wkrótce potem chorąży, odczytawszy list przy stole, rzekł:
— Zaproszenie na sejmik powiatowy jest w liście, powiedz waszmość, że stawię się na czas oznaczony.
— Na kiedyż ten sejmik? — spytał Niemiec.
Chorąży, pragnąc pozbyć się niemiłego gościa, odpowiedział:
— Pojutrze rano początek, a że daleko, więc jutro z wieczora wybrać się muszę.
— Jeżeli tak, — zaczął graf po chwili milczenia — to i na mnie pora. Proszę więc obojga państwa na osobną rozmowę.
Chciała powstać chorążyna, ale mąż spojrzał na nią wymownie i rzekł:
— Nikt nam i tu nie przeszkodzi.
Klasnął w ręce i pachołkowi wchodzącemu dał polecenie:
— Pilnuj, by nikt tu nie wszedł aż do mego rozkazu.
— Zaczynaj mości grafie, słuchamy!
Ubodło to Niemca, że nie poproszono go do bawialni, że panny nie było przy stole, i że niechętnie go podejmowano; zmarszczył brwi, wstał i zwracając się do obojga małżonków, przemówił:
— Nie tajno państwu, że córka ich starsza jest przedmiotem mych sentymentów małżeńskich. Przodkowie moi dobrze się zasłużyli, gdy cesarz niemiecki udarował ich tytułem grafowskim. Jestem młody, zdrów, bogaty i gdybym zechciał, nie odmówionoby mi nawet księżniczki. Lecz serce nie sługa, i oto amor ślepy zranił je, wypuściwszy strzałę z oczu panny chorążanki. Jako sąsiad wiem, że ród wasz dobry i stary; postanowiłem tedy ożenić się z nią i muszę się ożenić. W tym celu poprosiłem na swata człowieka, przez Polaków szanowanego, jest bowiem kasztelanem, senatorem u was; ale on nie potrafił widocznie przedstawić mojej sprawy dobrze, gdyż otrzymał nie dość jasną waszą odpowiedź, przyjechałem tedy sam, bo przez posłów wilk nie bywa syty.
Umilkł na chwilę, a chorąży, który z gniewu to bladł, to czerwieniał, wstał z krzesła i krzyknął:
— Mości grafie! dość tych słów! Jedziesz waszmość fałszywą drogą, wskażę ci więc prawdziwą. Dziękuję, a nawet uznaję zaszczyt starania się waszmośćpana o rękę mej córki, ale nigdy ona nie zostanie waszą żoną, panie grafie, bo jest katoliczką i Polką.
Zabłysły oczy Niemca, który, mierząc pogardliwym wzrokiem chorążego, rzekł drwiącym tonem:
— Uspokójcie się, panie chorąży. Nie chcecie mi dać córki z dobrej woli, to i dobrze. Ja zrobiłem, co do mnie należało, prosiłem was o rękę panny Anieli... a resztę zostawmy przyszłości.
— Gościem mi jesteś, panie grafie — odezwał się spokojniejszym tonem chorąży, — siadaj więc i spożywaj, co Bóg dał.
— Darujcie, mości chorąży! Ciśnie mnie dach waszego domu a powietrze dusi, może kiedyś się zobaczymy w innych warunkach, a wówczas zaczniemy z innej beczki.
Skierował się ku drzwiom i, składając chorążynie ukłon głęboki, przemówił:
— Zostańcie z Bogiem, czcigodna pani, zapomnijcie przeszłości, bo od dziś rozpoczynam nowe życie.
Chorąży nie ruszył się z krzesła, a gdy zamknęły się drzwi za Niemcem, rozparł się na stole i rzekł do żony:
— Cóż aśćka, mościapanno, na to?
— Dopust boży! Zawsze jednak miło, że i obcy graf pokłonił się o naszą córkę.
— Białogłowom wżdy afekta w głowie — odpowiedział drwiąco — toż Niemczura zapowiada zemstę.
— A nie masz jegomość ludzi? Dałabym załogę, uzbroiła czeladź, i niech probuje!
— Wiem to ja i bez aśćki rady, ale co mi po tem, gdy Anielka w niewoli być musi, bo może taki antychryst porwać ją, obaczywszy samą.
— Ee, porwanie to sprawa gardłowa — zawołała chorążyna. — I poco też jegomość wspomina o tem, a może to chwila nieszczęśliwa i sprawdzi się!
— Żartowałem, mościapanno! żartowałem! Toż byłby gardłem pokaran za taką sprawę porwania. Zawołaj jednak Anielkę.
Weszła świeża, piękna i młoda, jak poranek majowy. Stanęła pokornie z boku, czekając pytania.
Ojciec aż się rozjaśnił i z uśmiechem figlarnym rzeknie:
— Ano, obmyśliliśmy męża dla waćpanny. Kawaler gładki, ma tytuł i majątek, tylko że to graf von Tannenburg!
— Przebrzydły Niemczysko! — szepnęła cichutko.
— Zostawiamy waćpannie przyjęcie kawalera; cóż powiesz?
— Czasem i żart boli, mój ojcze, — odezwała się dziewczyna. — Pradziadowie moi ginęli w bitwach z Niemcami, a ja miałażbym iść w ich niewolę dobrowolnie!? Powstaliby oni z grobów i obrzucili mnie przekleństwami!
Aż rozpłakał się chorąży, i tuląc córkę do piersi, mówił:
— Nieodrodne ty moje dziecko! To też miłuję ciebie nad wszystko ziemskie!
Matka również ucałowała Anielkę, szepcząc:
— Nie dam mego skarbu, chyba z życiem!
Rozochocony chorąży kazał dać całej służbie gorzałki i miodu, a zawoławszy Michała Ziembińskiego, posadził go u stołu i opowiedział szczegółowo całą rozmowę z grafem.
Ziembiński, wysłuchawszy opowieści do końca, nie taił swych obaw, iż graf może pokusić się o zdobycie siłą Ostrowa i zniewolenia Anielki groźbą.
— Fraszki mości Michale! Alboż to ludzi nie mamy? Alboż Ostrów dwór bezbronny, czy co? Są mury, ludzie, zbroje, a w razie nagłego napadu jest wyjście skryte.
Aż drgnął Ziembiński na te słowa, bo przypomniał sobie, iż Jakubowski, on łotrzyk na niemieckich dworach poszukujący służby, zna owo przejście tajemne, przebywał bowiem długi czas w Ostrowie. Na razie jednak zamilkł i, stłumiwszy niepokój, bawił się kielichem do późna w noc.
Dopiero słowa stróża nocnego, wyśpiewane pod oknami:

— Już dziewiąta na zegarze, idźcie do snu gospodarze! — skłoniły ucztujących do spoczynku.









Przypisy

  1. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – męża i.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Błąd w druku; powinno być – służbę.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Artur Gruszecki.