Ulicznik

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Józefa Sawicka
Tytuł Ulicznik
Podtytuł (z wileńskiego bruku).
Pochodzenie Szkice i obrazki
Wydawca „Kraj“
Data wydania 1866
Druk Drukarnia „Gazety Handlowej“
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBICały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
ULICZNIK.
(z wileńskiego bruku).


Ojciec Jaśka był stróżem przy nędznej kamieniczce na Zarzeczu. W dzień pracował, wieczorem pił, jeżeli miał za co, a wróciwszy do izdebki pod schodami, bił żonę, syna targał za czuprynę, póki się nie zwalił spać na ławę, podsunąwszy worek z piaskiem pod głowę.
Pewnego razu, pijany, pobił się przed szynkiem z szewcem; kułak sąsiada trafił go pod żebra i obalił na ziemię. Padając, uderzył głową o kamień i nie wstał już o swoich siłach. Zawieźli go do szpitala, gdzie zmarł po niejakimś czasie, nie zażywszy wielkich rozkoszy na świecie.
Matka została na stróżowstwie; chorowała, dokąd sił stało. Jaś pomagał jej, w czem mógł: dziesięcioletni malec dźwigał wodę, drzewo, zimą lód rąbał na dworze, wyszczerzał zęby, chuchając w skostniałe palce. Wesoła robota rąbanie lodu! Uderzysz żelaznym kołem, bryzgi lecą, czasem za kołnierz która trafi, aż ciarki pójdą po skórze! Kaftan niby watowy słabo okrywa, świecąc dziurami; wiatr w nim się nie zatrzyma, a o cieple i mówić nie warto. Wszystko to nic! Chłopak pierzyny nie zaznał — schwyci w izbie ciepłej strawy i znowu gotów pracować na mrozie. Czasem matka kartofli pieczonych nakładzie za kaftan, to i grzeją czas jakiś. Najgorzej z nogami — mróz tak bierze za bose stopy! Matka dała stare trzewiki bez sznurków, ogromne, choć trzy nogi włożyć; ciągał się Jasiek w nich dzień jeden, na drugi rzucił je w kąt, trzewiki jak kajdany tamowały mu swobodę; wyrwał się boso z chaty i zdawało mu się, świat szerszy, a u nóg skrzydła wyrośły. Zima nie wieczysta — miesiąc, drugi, a i słonko wiosenne zaświeci. Ale na wiosnę matka straszy terminem, książką... „Na wiosnę, powiada, posługa lżejsza, sama podołam, a takiego draba trzymać pod fartuchem nie godzi się; niech idzie w ludzi uczyć się pracować, żeby sam miał za co ręce zaczepić, jak wyrośnie.“ Jaśko nie traci rozumu; termin — to jeszcze nie bieda, a książka — to nawet ciekawa rzecz! I tak już nieraz w palce ugryzł siebie, widząc, jak dzieci szewca czytały, a on stał przed niemi, patrzał w książkę, a rozumiał na niej tyle, co Żuczek drzemiący pod piecem.
— Oddacie do terminu, to i oddawajcie sobie — mawiał najzupełniej pogodzony ze swym losem; mnie jeszcze i lepiej! Tylko przychodźcie często do mnie, bo tak sam... bez was... między obcymi nie wyżyję, ucieknę... dalibóg! Przyjdziecie, co? raz w tydzień?...
— Przyjdę mazgaju i dwa, a gdzie mnie chodzić jeśli nie do ciebie? Wzdłuż i wszerz świat przejść, to prócz tych, co w ziemi leżą, ani żywego ducha nie zostało. Ciebie wykieruję na człowieka, to choć będę miała gdzie na starość głowę przyłożyć.
Daremnie się kłopotała o przyszłość!
Jeszcze śnieg nie zaczął topnieć na dachach, do wiosny daleko, a tu jak podskoczył kaszel, tak dzień i noc z nim spokoju nie ma. Nogi jakby cudze, ledwie zwlec z łóżka ma siłę... po izbie pokrząta się jakkolwiek, ale już nawet w piecu napalić nie może. Jaśko uwijał się za nią i za siebie, a tylko gdy wróci z chłodu i w izbie nie zastanie ani zapachu zimnej strawy, to mu trochę markotno jakoś... Ale tyle tego! Kupił chleba, wody w domu było podostatkiem, i przebył jakoś tydzień, drugi. A z matką coraz gorzej; już ani ruszy się z pod pieca. Jaśko patrzał na nią, drapał się w głowę i sam nie wiedział co robić.
— Może co jeść będziecie? — spytał nieśmiało.
— Mnie nic nie trzeba — odrzekła — ja umrę Jaśku.
Usiadł obok niej na ławie, pod sercem załaskotało mu jakoś.
— Eh, mało co gada! Sama mówiła nieraz, że śmierć ucieka od biednych — myślał, poruszając zwolna bosemi nogami.
— Może w piecu zapalić? Ja tam schował w słomie kilka polan, jak nosiłem drzewo na górę...
Matka wyprostowała się, potrząsła go silnie za ramię:
— Nie kradnij.. oh, nie kradnij!... — mówiła przerywanym głosem, niech cię Bóg od tego strzeże... drzewo cudze...
Głosu zabrakło, pochyliła głowę. A Jaśko śmiał się zcicha. Cudze! A ileż to razy głaskała go po głowie za to „cudze“ drzewo!
Do wieczora matki nie stało. Jaśko patrzał jak ogłupiały na wszystko, co się działo w chacie. Żal mu było matuli, i nie rozumiał, nie wierzył, że już jej żywej nigdy nie ujrzy. Ocknął się wtedy dopiero, gdy wyprawiony z izby przez nowego stróża, znalazł się za bramą swobodny jak ptak.
Na prawo, na lewo ulica — ruszaj w świat nieboże, gdzie oczy poniosą. Zmarzniesz, czy zamrzesz z głodu, nikt o to nie będzie miał do ciebie pretensyi. Obejrzał się, popatrzył z bramy w okienko pod schodami, i już mu serce żalem opływać zaczynało... w tem Żuczek — towarzysz wybiegł z za węgła! Radość błysnęła w oczach obu.
— Walaj tu za mną! — wołał Jaśko, wskoczył na chodnik, przebiegł ulicę, oglądał się, podrygiwał i chichotał, jak opętany. Żuczek za nim, wskakiwał na ramiona, chwytał za odzież, próbował zębów na bosych nogach. Naprzeciw nich wybiegł drugi szubrawiec, również obdarty, lecz o wiele starszy i widać już dobrze obeznany z ulicą. Twarz miał wynędzniałą i starą nad lata, szerokie usta wykrzywione szyderczo, w oczach zapadłych głęboko tlała hajdamacka przebiegłość. Czapkę z podartym daszkiem nałożył na tył głowy, nad niskiem czołem jeżyły się włosy nieokreślonego koloru. Z pod obdartego kaftana wyglądała obnażona szyja i piersi, dolna odzież świeciła dziurami, na bosych nogach miał podarte kobiece buciki z wykrzywionymi obcasami. Biegł za jakimś jegomościem i jęczał żałośnie.
— Panie wielmożny, choć kopiejeczkę dla chorej matki, choć jedną kopiejeczkę! Matka chora — zlitujcie się panie wielmożny!...
Jaśko zatrzymał się, patrzał na niego z głupim uśmiechem.
— A gdzie twoja matka, Józiek? — spytał.
Józiek szturgnął go w bok jedną ręką, drugą wyciągnął po jałmużnę.
— Głupi ty — zawołał, gdy dobroczyńca odszedł. Cóż chciałeś, żebym mówił: daj mi papieroska, daj na kieliszek wódki! Ja tam matki swojej na oczy nie widział, ale dla niej najwięcej dają, to ja dla niej i proszę. Ot zarobiłem dwie kopiejki, dobre i to! Sprobój, poproś u tego tłustego, co wali z pod Ostrej Bramy, jęcz tylko głośno dla chorej matki. No, prędzej, kupim bobu, jak dostaniesz kopiejkę!
Jaśko podbiegł, wyciągnął rękę:
— Paneczku, dla chorej... Wspomnienie matki znowu załechtało około serca, opuścił rękę, po twarzy przesunął się cień prawdziwego smutku. Pan rzucił pieniądz i poszedł dalej; Jaśko stał spoglądając z podełba, a z gratki o mało nie skorzystał koleżka; już nachylił się, wyciągnął rękę... Żuczek go uprzedził, chwytał kości nie gorzej jak szubrawcy jałmużnę, sądził, że i teraz coś dla niego rzucono. Tymczasem Jaśko ocknął się, podniósł pieniądz. — Pokaż, co masz? — zawołał starszy, chwytając go za rękę. Pięć kopiejek! ho, ho, to ten brzuchacz umie dawać, jak chce! Chodź za mną, przekąsim cośkolwiek. Bób psa wart, za pięć kopiejek można coś lepszego kupić. Walaj za mną!
Wszedł naprzód z podniesioną głową, z łokciem zawsze gotowym do szturgania, przeciskał się przez tłum, umyślnie lazł, gdzie najciaśniej; staremu żydowi huknął nad uchem, babę zepchnął z chodnika, a nim zdążyli obejrzeć się, był już na drugiej stronie ulicy, z rękami w kieszeniach przyglądał się wystawie sklepowej; na piersiach z poza brudnej koszuli wyglądał rożek chusteczki schwyconej po drodze. Weszli do szynku. Józiek wypił kieliszek wódki, zakąsił śledziem. Jaśkowi kupił trzygroszową bułkę. Poszli dalej.
— Dla mnie pięć kopiejek — to nie pieniądze — mówił zaczerwieniony nieco; jak ich nie mam, to zdaje się, że coś warte, a jak mam, wypiję, zakąszę, i jakby ich nie było! A to twoją matkę taszczyli dziś zrana, hę? Gdzież ty mieszkasz teraz?
— Czy ja wiem — odrzekł Jaśko, przełykając suchą bułkę.
— Pójdziesz za mną; ja tam wielkiej parady nie używam, śpię w stajni u rzeźnika. Mieszkanie, tak sobie: od koni ciepło bywa czasami, a i słomy poddostatkiem; czasem nawet w siano zaryć się można — wtedy śpisz jak król! Rzadko to bywa! Siano kupują wiązkami, a jak tylko kupią, zaraz to bydło zje, żeby ich, eh!... Wyśpisz się ze mną, zrana pomożesz stajnię uprzątnąć. Nie wielkie tam wyprzątanie; machniesz miotłą w jedną stronę to i czysto, resztę konie i ludzie za nogami wyniosą. Później pójdziemy na miasto. Biedy nie zażyjesz, nie lękaj się. Ot patrzaj, jak ja pójdę koło tej zgarbionej jejmości, niby nic, a zobaczysz, co dalej będzie.
Poszedł naprzód, minąwszy kobietę, zatrzymał się, czekając na Jaśka.
— Widzisz, ta stara kupiła trzy chały i wszystkie miała zjeść sama. Niedoczekanie jej!
Wydostał z za kaftana bułkę i rozłamał na połowę.
— Masz, sprobój, dalibóg nie gorsza od kupionej.
Oparli się o róg domu, rozmawiali zajadając. Jaśko spoglądał na towarzysza z pewnym rodzajem szacunku. Chwat ten Józiek! — myślał. Pochylił głowę i przyglądał się, jak jego towarzysz pakował do gęby ogromny kawał bułki.
— Pochodź ty ze mną tydzień, drugi, a ja ciebie nauczę, jak żyć na świecie. Oho, żeby ja taki był mały, jak ty! Cmoknął, pokręcił głową. Pójdziem, już ciemnieje. Czy to twój pies?
— Taki mój, jak i twój.
— Czego on za tobą włóczy się?
— Bo przywykł.
— Niech i on idzie z nami; we trzech będzie cieplej spać; jeść to on musi być nie przywykł?
— Przecież je, kiedy dadzą.
— Głupi jesteś! Niby to ja tego nie wiem; ale któżby mu dawał, kiedy sam nie ma.
Jaśko rzucił Żuczkowi resztę chały.
— Eh ty! lepiej byś mnie oddał! — rzekł Józiek, szturgając go łokciem.
— Ja myślał, że ty już syt, kiedy dałeś mnie połowę.
— Syt, ba! Jaki ja mam brzuch pakowny, że niczem go nie napchasz! Jadłem dziś chleb, kartofle, ot i teraz przekąsiłem trochę, a tak zryć chcę, że aż zęby świerzbią! A już taką mam naturę, jak widzę, że kto z pustą gębą patrzy na mnie, to muszę podzielić się choć ostatnim kęsem.
— I ja tak samo — odrzekł Jaśko.
Weszli w zaułek, ztamtąd na ciemne podwórko.
— W tej stajni ja śpię — rzekł Józiek, wskazując na otwarte drzwi. Tylko ty z ogniem ostrożnie! Jak zechcesz papieroskę pyknąć, to ruszaj sobie za bramę, a nie, to za czuprynę i won, rozumiesz? Jasio dotąd nigdy jeszcze nie „pykał,“ lecz wstydził się przyznać do tego. Józiek wydawał mu się coraz większym chwatem i tak mu przypadł do serca ze swoją miną, „ani dbaj,“ że gdy ułożyli się w słomie, przygarnął się do niego, objął za szyję i pocałował serdecznie.
— Ale ty mnie nie nie wypędzisz? — spytał cichutko.
— A za cóż mam ciebie wypędzać? Odtrącił go zrazu, po chwili jednak, zarzucił mu rękę na szyję, przycisnął małe, chude ciałko do swych szerokich piersi. Czy mu było z tem cieplej, czy może i w tych piersiach, przykrytych kradzioną koszulą, zadrgało jakieś ludzkie uczucie?
Życie poszło wesoło. Zrana krzątali się zwykle około stajni, potem wybiegali na miasto. Jaśko żebrał; mały, nędzny; wzbudzał litość, a wkrótce tak się nauczył mówić o chorej matce, o siostrze kalekiej, że prawie nigdy nie wracał bez kilkunastu kopiejek. Józiek za te pieniądze kupował jadła i dzielił się z nim sumiennie. O swoich dochodach nie wspominał nigdy. Raz tylko, pod wiosnę, gdy słońce dogrzewało, rynsztoki szumiały, a na ulicach błota było po uszy, Jaśko siedział na chodniku pod ratuszem, brodę oparł na kolanach i pluł w rynsztok, przyglądając się, jak gęsta woda unosiła ślinę jego daleko. W tem Józiek zjawił się przed nim uśmiechnięty tryumfująco; wysunął rękę z za pleców i podał mu parę trzewików nowych, nowiusieńkich, z mosięźnemi dziurkami, na wysokich obcasach! Jasio spoglądał to na trzewiki, to na uśmiechniętą twarz kolegi, nie rozumiejąc, co miało znaczyć.
— Bierz, głupi, to dla ciebie — rzekł Józiek z miną władcy, wręczającego order zasłużonemu dygnitarzowi. Jaśko nie dowierzał swemu szczęściu, przycisnął gorąco rękę ko legi do swych ust. Józiek wysunął rękę zwolna.
— Poczekaj, to nie wszystko. Na Wielkanoc może kurtkę kupię — rzekł, siadając obok niego. Mam tam kilka groszy w zapasie; bo teraz to kiepsko idzie! Dziś z jatek ledwie-że umknąłem. Nie daj Boże zadawać się z babami! Ściągniesz u niej jakie kilka złotych, a krzyku na kilka rubli narobi. A co bóty, dobre?
Jasio wysunął odziane nogi i przyglądał się im z zadowoleniem. Za najszczęśliwszych dni nie zaznał takiego zbytku!
— Chyba na świecie lepszych niema — odrzekł.
— Masz tam jaką kopiejkę?
Jaśko wydostał z zanadrza kilka miedziaków.
Józiek wziął i odszedł w milczeniu.
Za parę tygodni dotrzymał słowa: kupując sobie odzienie, kupił mu noszoną kurtkę i czapkę na tandecie. W kwietnią niedzielę przystroili się obaj i poszli do katedry. Parę razy przedtem Jaśko zaglądał w tę stronę; muzyka wabiła go, a i wspomnienie pacierza snuło się po głowie. Lecz ile razy zbliżał się do kruchty, żebraczki gnały go kijem, lękając się oberwanego współzawodnika; próbował wejść przebojem, otrzymawszy kilka szturgańców, plunął w same oczy jednej, drugiej babie i pobiegł ze wszystkich sił przez plac, rad, że rzucony w ślad za nim kamień tylko końce pięty zadrasnął. Dziś wpuszczono ich bez oporu; wyglądali jak chłopcy rzemieślniczy. Józiek miał nawet czerwoną chustkę na szyi. Stanęli przy drzwiach: Jasio oglądał się lękliwie. „Popróbuję pacierza“ — pomyślał. Przeżegnał się, ale dalej nie szło. Nigdy nie był mocny w pacierzu, a przez kilkomiesięczne wakacye zapomniał wszystkiego, co umiał. Zwrócił oczy na chór: tam grali; słuchał... Powoli obejmował go żal i strach jakiś, tulił się do ściany, miął czapkę w ręku... naraz zdało mu się, że kobieta siedząca pod filarami, to jakby jego matula... taka blada, schorowana i patrzy na niego smutnie, zupełnie tak, jak wówczas przed śmiercią, kiedy mówiła: „Nie kradnij Jaśku! Oh, nie kradnij!...“ Patrzał i ona patrzała. Włosy powstawały mu zwolna na głowie, i tak robiło się gorąco, aż nogi chwiać się zaczęły... w uszach wciąż brzęczało: „Nie kradnij!“ Usta zadrgały, o mało się nie rozpłakał, tak go żal jakiś ścisnął za gardło.. gdy w tem Józiek szturgnął go łokciem i pociągnął za rękaw:
— Patrzaj, Antek malarczuk, ot tam koło chorągwi... widzisz? Na książce czyta! Myśli, że wielki frant!
Wykrzywił usta szyderczo — oczy zaiskrzyły się złośliwie.
— Chodź, dosyć już tego dobrego! — szepnął.
We drzwiach nałożył czapkę i powlókł się naprzód. Drogą zły był, jakby markotny czegoś, nie mówił ani słowa. Przyszli na placyk przed bonifraterskim kościołem. Słonko grzało, miejscami trawka zieleniła się na dobre, powietrze pachniało wiosną... Przysiedli pod krzakiem. Jaśko pochylił głowę, mrużył oczy, słonko grzało go w plecy, a wiosenne powietrze tak jakoś do snu kłoniło. Józiek zgarbił się, głowę oparł na kolana i patrzał ponuro przed siebie, zmarszczył czoto, włosy najeżyły mu się, wyglądał raczej na steranego włóczęgę, niż na podrostka wyszłego zaledwie z lat dziecinnych.
— Spisz! — rzekł, trącając Jaśka w ramię. Jaśko podniósł głowę.
— Ten Antek, to dureń — mówił dalej, jakby do siebie, był dawniej razem ze mną u szewca... teraz on niby czeladnik... majstrem będzie... taki on będzie majster jak ja muzykant! Chorągiew niesie za procesyą... chłopcy czapki przed nim zdejmują... figura! Wykrzywił się szyderczo. Żeby ja chciał, takby dat jemu w łeb kamieniem, i cóżby mi kto zrobił? Eh, tylko nie chcę!
Splunął przez zęby, odwrócił głową.
— Byłeś u szewca — spytał Jaśko.
Milczał, chude palce zasunął we włosy twarde jak szczecina.
— A był — odrzekł po chwili — uczył się dwa lata i nauczył się wiele! Zamiatał stancyę, nosił wodę, chodził po wódkę dla czeladników... to jeszcze najlepsze było, drogą sam chłyśniesz, a na to miejsce wody dolejesz, choć w żołądku ogrzeje się trochę... a to nieraz głodem mrzeć trzeba było. Ukradniesz bywało jaki kawałek parszywej skóry, to tak da pociągaczem, jakbyś mu duszę wydarł. Uciekłem, bo mnie kłuło jadło. Innym łatwiej było... każdy miał kogoś ze swoich w mieście; za jednego matka prosi, za drugiego ojciec, trzeci ma tam choć ciotkę jaką, co szewcowej sera czy bułkę przyniesie... a ja... z pod płota — krewnych ani psa... Majster wziął dla tego, że wyglądałem silny jak wół... ale i najsilniejszemu nie zawsze siły stanie!
Zamilkł. W głosie drgał żal stłumiony szyderstwem; żeby oczy umiały płakać, to choć jedna łza wymknęłaby się z pod powieki. Oczy zostały suche, tylko twarz zbladła więcej jeszcze, a usta krzywiły się z coraz większem szyderstwem.
Tego wieczora Jaśko daremnie czekał na kolegę; poszedł spać sam jeden, ułożywszy uprzednio odzież i czapkę w żłobie pod ścianą.
Dniać już zaczynało, gdy raptem drzwi ktoś otworzył z hałasem. Jaśko wysunął głowę z pod słomy. Za uszakiem przyczajony stał Józiek, bez butów, bez kurtki, z koszulą rozpiętą na piersiach, drżał cały, przysiadał, to podnosił się na palcach, głowę podnosił do ściany, chwilami zdawał się przysłuchiwać uważnie, oczy błyszczały jak u zwierza w zasadzce, drżące ręce szukały czegoś w koło szyi... znalazły. Uspokoił się nieco, obie ręce przycisnął do ust gorąco!... Na piersiach, na brudnym sznurku wisiał stary, mosiężny medalik. Kto i kiedy zawiesił go, trudno zgadnąć. Chłopak nie pamiętał, i nie myślał o nim nigdy. Naraz w strasznej chwili coś go tknęło. Zbladłe usta całowały medalik coraz goręcej. Na dworze powstała wrzawa, kilka głosów dawało się słyszeć za bramą... głosy i kroki zbliżały się coraz więcej.
— Czy to ty Józiek — spytał go przerażony Jasio.
— Milcz! — zawołał, rzucając nań wiązkę siana.
Otworzono drzwi znowu, kilku ludzi weszło do stajni.
Gdy rozwidniało zupełnie, Jasio odważył się wyjrzećz pod słomy, nie zobaczył już Jóźka. Dorożkarze zaprzęgający konie rozmawiali między sobą:
— Ej to dobrze!... Urwis znał się dobrze ze wszystkimi włóczęgami... ja to już dawno gadałem, że jemu na szubienicy wisieć!... — mówił jeden.
Drugi też coś mruczał, smarując koło.
— Wzięli djabli jak swego — doleciało do uszu Jasia. Serce mu zamarło z żalu i ze strachu; wylazł ze słomy, przyczołgał się do rozmawiających — ten pochylony gada tam coś, pewnie o Józku, ale słyszeć trudno... podkradał się coraz bliżej, stłumił oddech... podpełzł aż do samej dorożki. W tem koń zarżał, kopnął nogą... a w tejże chwili jęknęło coś głucho!...
Dorożkarze podskoczyli w tę stronę. O parę kroków od dorożki leżał Jasio z rozbitą czaszką; krew zalała mu twarz w mgnieniu oka.
— Ażeby jego! toż to ten malec! czego jego tu licho niosło pod samego konia! — mówili, podejmując półmartwego dzieciaka.
Obleli wodą, ułożyli na słomie i wyjechali. Pora na pociąg, spóźnisz się to cały ranny zarobek stracony!...
Chłopak leżał bez życia; z pod żłobu wyjrzał Żuczek, ziewnął parę razy, machnął ogonem, spostrzegłszy leżącego Jasia, jakby zdumiał się, postąpił zwolna ku niemu.
Struga krwi spłynęła spokojnie z czoła na twarz i ginęła za kołnierzem koszuli. Żuczek patrzał na to czerwone pasmo, pochylił się nad zbladłą twarzyczką... liznął raz, drugi i zlizał do ostatniej kropelki!

separator poziomy




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józefa Sawicka.