Tylko grajek/Tom I/XX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Hans Christian Andersen
Tytuł Tylko grajek
Podtytuł Powieść
Data wydania 1858
Wydawnictwo Karol Bernstejn
Drukarz Drukarnia Gazety Codziennéj
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Fryderyk Henryk Lewestam
Tytuł orygin. Kun en Spillemand
Źródło Skany na commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: Pobierz Cały tom I jako ePub Pobierz Cały tom I jako PDF Pobierz Cały tom I jako MOBI
Indeks stron




XX.


Przez gęste liście kwiatów przechodzi w różnych kolorach światło, tu czerwone, tam niebieskie; z tą samą siłą Bóstwo wygląda z wszelkiego stworzenia: tak samo jak światło w kwiatach, tak wszechmocność Jego błyszczy we wszystkich bożych utworach. Wszystko jest cudem, którego nie pojmujemy, lecz przyzwyczajamy się uważać go za rzecz zwyczajną. W zmyślonych bajeczkach przeciwnie, cała nadnaturalność polega tylko na przerwaniu nici i na braku owego mądrego porządku, jaki codziennie mamy przed oczyma w wielkim, a boskim cudzie, którego my sami jesteśmy małą cząstką.
— Tu na świecie nie tak jak w bajkach, które mi opowiadano! — zawołał Krystyan. — Tu nie masz żadnych potężnych czarodziejek! — Ale jest Pan Bóg, jeszcze potężniejszy; o Jego mądrości głosi całe wokoło stworzenie, o Jego dobroci świat w naszej duszy.
— Za dwa tygodnie — rzekł Piotr Wik — postaramy się znowu Łucyą naszę wyprowadzić w otwarte morze! już dosyć przez całą zimę ubawiła się w Kopenhadze!
Mieli tedy powrócić do Swendborga, a pierwszy Marca już nadszedł. Krystyan uczuł dziwną obawę i niechęć na myśl o stronie rodzinnej; wspomnienie domu wydało się jemu, jakby przykrem marzeniem. W Kopenhadze więc pragnął pozostać, bo gdzież, jeżeli nie tu, mógłby z czasem dostąpić swego szczęścia? — Jeśli pójdę do miasta — pomyślał — do tego odmętu ulic, czyż w stanie będą mnie znaleźć? Trzeba będzie to zrobić w wilję odjazdu, to już nie starczy im czasu do szukania. Ale któż mnie przyjmie pod swoję opiekę? Choć przecież, gdy zupełnie już będę opuszczony, świat nie pozwoli, żebym umarł z głodu, a pewno i Pan Bóg tego nie dopuści!
Podczas gdy takie postanowienie coraz silniej w nim utwierdzało się, uczuł zarazem głęboko, jak niewdzięcznym okaże się względem Piotra Wika, który dla niego był tak dobrym i wylanym, a to uczucie własnej winy do większej go jeszcze napędzało gorliwości, żeby sobie zaskarbić jego względy.
— Może hrabia sam na to czeka, żebym zrobił podobny krok, bo jego to przekona o wielkości moich dobrych chęci! Jeżeli to uczynię, pomoże mi niechybnie! — Ta myśl najciężej zaważyła, tak więc postanowił niezmiennie, że w nocy poprzedzającej odpłynięcie statku, sam go zupełnie opuści. Resztę powierzył opiece Najwyższego.
Był to ostatni dzień przed wyjazdem z portu; Krystyan stał przy kotwicy i patrzał na dom, w którym mieszkała Naomi. Wszystkie okna zastawione były najpiękniejszemi kwiatami wiosennemi; przepyszne rośliny południowej Afryki nie przedstawiają podróżnym większego bogactwa kolorów, jak te tutaj kwiaty naszemu małemu marynarzowi.
Przyciśnięty najdotkliwszem ubóstwem, mając przed sobą widok większego jeszcze osamotnienia, wyobrażał sobie, że zostawszy bogatym, wystawi wspaniały pałac, w którym każde okno, tak samo jak tutaj, zastawiane będzie kwiatami, a wpośród wszystkiego tego przepychu, na złocie i na jedwabiach zasiądzie powabna Naomi. Potem znów myślał o poczciwym Piotrze Wiku, z którym ostatni już przepędzał wieczór. Myśl ta jak kamień ciążyła mu na sercu.
— Cóżeś ty pypcia dostał, jak kurczątko? — zapytał Piotr Wik. — Toć teraz wracasz do Swendborga! a Łucya przyjmie cię z ochotą. Wszak ją podobno lubisz?
— O! bardzo! — rzekł Krystyan, a smutek jego wylał się we łzach.
— Czegóż u kata znowu beczysz? — spytał kapitan. — W tobie chyba całe beczki pełne słonej wody! Nie! ty mi się nie zdasz na okręt! już ja dość o tem myślałem!
Krystyan cały się zapłonił. Wprawdzie on sam myślał o opuszczeniu Piotra Wika, ale nigdy nie przyszło mu do głowy, żeby nawzajem kapitan jego chciał się pozbyć; słowa te więc na prawdę przestraszyły go.
— Ja ciebie nie zrzucam z pokładu! — rzekł Piotr Wik i życzliwie przyciągnął go do siebie. — Z ciebie dobry chłopiec! Jam cię nawet polubił, ale już ty nie do morza stworzony, o tem aż nadto jestem przekonany!
Krystyan byłby chciał zaprzeczyć, ale nie mógł!
— Właściwie zasłużyłeś na to, żebym cię porządnie wyłajał — mówił dalej Piotr Wik, — bo doprawdy mogłeś mi powiedzieć, jakie masz zamysły! Dawno już chciałem z tobą mówić o tem, ale zawsze cóś było na przeszkodzie! Teraz ci powiem tak, jak mam na sercu!
Czy już o wszystkiem wiedział kapitan? Miałżeby wiedzieć nawet, że jeszcze tej nocy Krystyan chciał opuścić okręt? Przygnębiony ciężarem sumienia, zawstydzony wzrok wlepił w ziemię.
— Owej nocy, gdyśmy byli na kępie — odezwał się znowu Piotr Wik — kiedyś siedział i grzebał w ogniu, a z hrabią rozmawiał o tem, co to z ciebie za wielki będzie człowiek, wtenczas Piotr Wik nie spał, jakkolwiek oczy miał zamknięte. Słyszałem tedy wszystkie te bzdurstwa, które ci nakładł w uszy, i którym byłeś głupi uwierzyć, słyszałem też całą twoją spowiedź i proźbę. Było to z twojej strony potężnie naiwne! to też wtenczas w duszy udzieliłem ci dymissyę z mojej służby. Do mnie ty się nie przydasz, ale dlatego nie myślę bynajmniej zanurzyć cię w zimnej wodzie. Do twoich rodziców takoż cię nie odeślę, nie! ja ciebie oddam do pana Knepusa w Odensee; to jest człowiek, u którego będziesz mógł uczyć się, bo on się zna na muzyce, a tak zobaczymy, do czego będziesz przydatny.
Krystyan pocałował go w rękę.
— Żebyś tylko chciał przestać beczyć! — rzekł Piotr Wik. — Jeżeli wyjdziesz na ludzi, szczerze mnie to ucieszy, ale majtka z ciebie nie wykuję!
Krystyan o mało co nie rozpłakał się na samą myśl o tem, co już chciał uskutecznić tej nocy; ciężko mu to leżało na sercu, ale jednak nie śmiał wyspowiadać się ze swego grzechu. Miał się więc uczyć muzyki! żyć dla muzyki! najwyższe jego życzenie miało być spełnione, a pomocy udzielał mu Piotr Wik, ten sam u którego nigdy jej nie szukał. Ukląkł w ciemnym kącie, całował ściany kajuty i dziękował dobremu, kochanemu Panu Bogu.
Równo ze świtem zafruczała nad bulwarkiem lina, bo Łucyą holowano z portu. Krystyan wesoło a jednak ze ściśnionem sercem spojrzał na okna Naomi. — Dziś pewnie ona, hrabia i wszyscy tam na górze o niczem mówić nie będą, tylko o naszym odjeździe! — pomyślał. — Biedna matka Małgorzata, która tak pragnęła odjechać z nami!
I okręt wypłynął z portu.
— Nie masz już naszego okrętu! — rzekła guwernantka, wyglądając oknem. — Tam jakiś inny stoi, z zegarami z Bornholmu.
— To i dobrze! — zawołała Naomi — to i chłopca już nie ma! Co to za natręt był i jaki wścibski —! widziałam go będąc małem dzieckiem; jego rodzice mieszkali w naszem sąsiedztwie, więc raz nawet bawiliśmy się z sobą. Teraz już tyle lat minęło, a on jakby do swoich wpadł tu do nas do sali. Już to on niezawodnie niespełna! Nie uwierzysz, jak mnie męczył wtenczas na lodzie, kiedyśmy jechali z Skonii! Doprawdy aż mi przykro było, żem musiała być dla niego tak niegrzeczną, alem nie mogła inaczej!
— Jednak byłoby rzeczą ciekawą, gdyby istotnie był wielkim geniuszem i kiedyś to jeszcze udowodnił światu! Klaus Schall, ten sam, który komponował piękną muzykę do baletów Galeottego, biednym był chłopczykiem, gdy go przyjęto do szkoły dramatycznej, tam został figurantem, a dziś jest sławnym kompozytorem!
— To jak w romansie! — rzekła Naomi — ale ja zawsze wolę, kiedy na końcu ich życia spotyka ich wielkie nieszczęście. To jakoś daleko więcej zajmuje!


KONIEC TOMU PIERWSZEGO.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Hans Christian Andersen.