Trzy listy

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Stefan Napierski
Tytuł Trzy listy
Pochodzenie zbiór Poemat
Wydawca nakładem autora
Data wydania 1924
Druk Księgarnia „Ogniwo”
Drukarnia L. Bogusławskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
TRZY LISTY
I.

Od czasu, kiedy mam posadę,
Pojmuję, czemu panny, chodzące do biur, są tak bardzo blade.

Spotykane w chłodny poranek
Może myślą, jaki jest smak ust. Jakie usta ma czekany kochanek.

Idące spiesznie, przemokłe pod wiosenną szarugą,
W „Senniku egipskim“ szperają skrycie i długo.

Bardzo się dziwią, gdy przyśnią się im czarne koty.
Mówią, że nie lubią kotów. A nie wiedzą, że to są znaki ich tęsknoty.

Tak, teraz już wiem napewno, czemu ci, co przed witrynami stoją,
W krawaty lśniące, wzorzyste się nie stroją.

Zbytnio muszą dbać o strawę swoją, biedacy.

Tylko wciąż nie pojmuję jeszcze jednej rzeczy,
Czemu mój uśmiech, jak niebo zawsze jednaki, wszelkiej pracy przeczy.



II.

Spójrz, o luba, na dziewczęta, strojące fochy,
Patrzące przez szybę na śliczne jedwabne pończochy.

Oddziela je tylko szyba cienka.
(To jak sen od jawy). A jednak to jest męka.

O, pomyśl, ilu jest ludzi na ziemi,
Co pragną powiedzieć słowo zaklęcia ustami gorącemi.

Żeby już pękły wszystkie przezroczyste szyby
I wszystko stało się naprawdę, co jest dotychczas „na niby“.

Żeby każda najbrzydsza panienka
Szła ulicą wiosenną, pełna perfumy i wdzięku.


Kiedyś pisałaś, że chciałabyś zza szkła karety
Oglądać cały świat. Jaskółki, białe drogi i bielsze jeszcze minarety.

Dziś, w ukłonie podejdę do staroświeckiego landa
I w długim pocałunku zamilknie moich słów girlanda.

Czy wiesz? Wszystkie dziewczęta mają skóry jedwab,
Ale ty z pośród dziewcząt jesteś tylko jedna.

Pozwól, że ci ofiaruję w rzezanej z lipowego drzewa tabakierce
Coś drobnego. Moje stare czułe serce.



III.

W te dni pierwsze, gdy znów się pojawią lekkie kostiumy,
Pójdziemy wprost przed siebie, pełni słodkiej zadumy.

To będzie zupełnie, jak na przestarzałym obrazie,
Policzki załaskocą nam puszyste bazie,
A wiosna ucałuje w samę usta. Raz po razie.

Na ziemi, pachnącej jeszcze świeżością śnieżną,
Siądziemy, bardzo młodzi, pod staruszką wierzbą.

Nasłuchując uważnie ptaków wczesnej piosnki,
Ujrzymy, jak wokoło roją się wątłe i białe pierwiosnki.

I, wiążąc wieńce niezgrabne z przydrożnej wikliny,
Zapatrzymy się, wsłuchamy w łagodne godziny.

Wiesz, co wtedy pojmiemy, ukochana: oto,
Że niebo jest zawsze jednakie. Czy się uśmiecha lazurem, czy płacze bronzową słotą —

I z uśmiechem pomyślisz, te najprostsze pojmując sekrety,
Jak miło być śliczną żoną młodego poety.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stefan Marek Eiger.