Tren albo sen

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
>>> Dane tekstu >>>
Autor Ernest Buława
Tytuł Tren albo sen
Wydawca Ruch Literacki. Tygodnik poświęcony literaturze, sztukom pięknym, naukom i rzeczom społecznym
R. 1875, Nr 5
Data wydania 1875
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
Tren albo sen.


Szedłem cmentarzem, ścieżką dawno znaną,
Wśród mogił stopą moją wydeptaną,
Między posągi, krzyże, kwiaty, drzewa…
Cicha noc maju… kędyś słowik spiewa…
Pod rosą w woniach rozmodlone kwiaty,
I dzwon północy rdzawą piersią woła,
I spłynął księżyc otulając światy,
Jak cichem skrzydłem cichego anioła…
I do jej grobu zbliżam się z daleka,
Widzę ją… siedzi… sama… zadumana…
Jak biały posąg, choć ziemi daleka,
Na grobie własnym, w marmury odziana.
Twarz jej spokojna, w blaskach uśmiechniona,
Zdaje się słuchać anielskich sfer głosów,
Cierniowy wieniec wspomnień przeszłych losów,
Trzyma, poważna, jak rzymska matrona!
Zbliżam się — siwy włos jej powiew nocy
Rozwiewa, w koło róże się schylają
I taka cisza w ustroniu sierocej,
Że zda się słychać… jak tam oddychają!
Klękam i mówię jej z cichą rzewnością:
„O chodź ty ze mną, wróć do mego domu,
Ja ciebie znowu otulę miłością
Uczuć dziecinnych; nie powiem nikomu…
Chodź, bo wieczorna ziębi ciebie rosa,
Wiatr siwe włosy odwiewa z twej skroni;
Chodź, ja ci całe przychylę niebiosa,
Z ciepłych rąk twojej nie wypuszczę dłoni.
W kaplicy naszej śnieżna lampa płonie,
Modlić się będziem jak w dawnym zakonie.
U nóg twych wiernie do snu się ułożę
I z strun wywołam te znane ci dźwięki,
Które lubiłaś. Całe tonów morze
Przebudzę w sercu… znane ci piosenki…
O, chodź! uścielę ci łoże — znasz drogę,
Siano dam tobie na pościel z łąk znanych.
Tu chłód pod sklepem tych głazów ciosanych,
Tu cię zostawić nie mogę, nie mogę…“

I twarz ukryłem w dłoniach, a łzy moje
Spadały cicho na róże i wrzosy,
I zdało mi się, że harmonii zdroje
W piesi wzbierają mej, całe niebiosy
Natchnień się budzą, i me oddychanie
Spiewem się stało, a pierś organami,
Co tak błagała, jak arfy konanie,
W którą uderzył piorun nad grobami…
Ona anielsko rzekła uśmiechnięta:
„Wróć, bo jam z tobą! Dla was tu mróz wieczny,
A dla nas wieczne słońce, cisza święta.
Mój dobry chłopcze, wierz w ranek słoneczny!
Tyżbyś mi wydrzeć chciał raj ukochany
I znów pogrążyć w walkach i cierpieniach,
I ten cierniowy wieniec krwią oblany,
Znów na me skronie wtłoczyć w twych natchnieniach?
Ja cię chroniłam przed żmij ukąszeniem,
Starości znałam cię jasnowidzeniem,
Dziś znam cię lepiej; przed każdem zaśnięciem
Skrzydeł cię duszy dotykam musnięciem.
W akord modlitwy zestrój się z mym duchem,
Będziem płynęli w pośród gwiazd milionów,
Jak dwa łabędzie, w szafirach bez granic,
Wyżej i wyżej, aż do prawdy tronów…
Naprzód iść będziem – a marności za nic…
I wraz się zgoją serca twego blizny,
Gdy ujrzysz jasną przyszłość twej ojczyzny!“
I wieniec cierni dała mi z swej dłoni,
Lecz już zielony był i pełen woni,
A ciernie znikły… i na serca górach
Śniegi boleści topniały w lazurach.
W tem grób się rozwarł i niemo zstąpiła
W głąb, co wulkanów błyska aureolą,
I w głos organów odjękła mogiła
W tony świetlane jakieś, co nie bolą.
Dymy kadzideł jasną, wonną chmurą
Słały się w koło i powiały górą.
I chór świetlany w arf anielskich głosy
Wplótł mnie i porwał… O, ludzkości zorze!
Blaski! zachwyty! o rozkoszy morze!
Tonę… już całe pochłaniam niebiosy…
Jako na kwiatach brylantowe rosy,
Tak na źrenicach czuję łzy, co palą,
W pierś upadają. Płynę niebios falą
W nieskończonościach — ramiona wytężam,
Ach!... i miłością boleść mą — zwyciężam!

E… B…


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Władysław Tarnowski.