Tomasz Sitok/IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Feliks Brodowski
Tytuł Tomasz Sitok
Pochodzenie Liote (nowele)
Data wydania 1905
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz W. L. Anczyc i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Całe opowiadanie
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
IX.

Z początku oskomę budziła w Sitoku starsza, Bronka. Przyglądał się jej z iskierkami w połyskujących tłustawym blaskiem oczach. Rychło jednak osądził, że ta dziewczyna przeznaczona jest na kochankę dla jakiego łobuza, który nożem staczać będzie o nią walki z kamratami; począł więc myśleć o młodszej i zrobił odkrycie, że w kalectwie jej tkwi coś podniecającego.
Starsza pewnego dnia znikła z domu.
Wszyscy wiedzieli, że to nastąpiło za sprawą młodego, o zuchwałym wyglądzie draba, z którym poprzednio często ją widywano.
Ojciec już oddawna uczuwał zupełną swą niemoc w zapasach z następującą nań siłą jakąś, dążącą do rozproszenia resztek jego nędznego ogniska rodzinnego. Coś się zawzięło, by rozrzucić gasnące głównie nawet, popiół nawet, który pokrył wspomnienie o zmarłej żonie ex-posłańca. To ona była niegdyś smolnem polanem, od którego buchał płomień ciepły i jasny tego ogniska. Gdy zgasł, poczęła się dla osamotnionego człowieka walka smutna i beznadziejna o jego dziewczęta, walka z sięgającym po nie olbrzymim choć niewidzialnym zalewem zła, z falą podstępującą z wszystkich stron, z oddechem zakażonym miasta, z wyziewami nędzy i zepsucia.
Co ten biedak mógł wystawić przeciwko owej sile?
Swoje żałosne: »Dziewczęta, bądźcie uczciwemi«.
W zgiełku życia, druzgoczącego biednych i słabych, słowa te upodobniły się brzmieniom nikłym i stłumionym; były to dźwięki bez znaczenia, bez istotnej treści, niezrozumiałe.
»Co to jest — być uczciwemi? Jak ostać się uczciwemi?«
Poszła sobie.
Stało się — co stać się musiało. Wół jest na pożarcie, nikt się z jego upragnieniem życia nie liczy, ktoś mięsem jego musi głód swój nasycić. I córki nędzarzy są na pożarcie.
Nikt nie pytał ex posłańca, czy bardzo cierpi z powodu, iż starsza córka jego gdzieś się podziała. On by zresztą ani chciał, ani umiał odpowiedzieć. Z pewnością nie umiałby opisać tego, iż dawną jego obawę — by nie zostać posądzonym o złodziejstwo — zastąpiła inna — by nie spotkać na ulicy córki wystrojonej i włóczącej się, zupełnie takiej jak wszystkie ulicznice.
Jednocześnie straszliwie tęsknił za nią.
Oto nadchodzi noc.
Łóżko, na którem sypiały obie córki jego, obie razem — zajmuje teraz jedna tylko. Zaledwie ją tam znać pod wytartą, starą kołderką — to małe, pokurczone biedactwo. Gdzież tamta? Gdzie pierworodne, ukochane dziecko matki?
Godziny uchodzą. Stary przewraca się na twardem posłaniu. Zasypia i znów się budzi jakby od wstrząśnięcia, budzi się mając na ustach jakieś splątane wyrazy niedokończonej w śnie rozmowy.
Ocknął się i poczyna nadsłuchiwać, nadsłuchiwać bez końca a im dłużej i daremniej nadsłuchuje, tem mocniej, tem okrutniej zaciska mu się na piersiach twarda obręcz tęsknoty i niepokoju.
Nigdy ciemność nocna, zalegająca suterynę, ta ciemność piwniczna nie wydawała mu się tak gęstą, tak ciężką i lepką. Ona teraz wtłacza mu się do ust i głazem przywiera do powiek.
I znów zwolna wpada w odrętwiałą senność i zaraz poczyna coś przez sen gadać, kogoś przeprasza, tłumaczy się.
Drży mu na ustach szept:
— Maryniu, com ja winien... Moja Maryniu — gdybyś ty była — możeby — możeby...
To jego rozmowa z tą, co jako płomień ogniska była.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Feliks Brodowski.