Tako rzecze Zaratustra/Przed wschodem słońca

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Friedrich Nietzsche
Tytuł Przed wschodem słońca
Pochodzenie Tako rzecze Zaratustra
Wydanie nowe
Data wydania 1922
Wydawnictwo Towarzystwo Wydawnicze „Ignis” S. A.
Druk Drukarnia Narodowa w Krakowie
Miejsce wyd. Toruń, Warszawa, Siedlce
Tłumacz Wacław Berent
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część trzecia
Pobierz jako: Pobierz Cała część trzecia jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część trzecia jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cała część trzecia jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

PRZED WSCHODEM SŁOŃCA

O niebo ponade mną przeczyste! Głębokie! Świetlana ty przepaści! Gdy ku tobie spozieram, dreszcz boskich przejmuje mnie pożądań.
W twą wyż siebie rzucić — oto moja głębia! W twą czystość siebie ukryć — oto moja niewinność!
Boga własne przysłania piękno: tak i ty gwiazdy swe ukrywasz. Ty się mową nie głosisz: i tak oto zwiastujesz mi swą mądrość.
Nieme nad rozfalowanem wzeszłoś mi dziś morzem, twa miłość i wstyd twój rzecze objawieniem do mej rozfalowanej duszy.
A żeś piękne ku mnie wzeszło, przysłonione pięknem swem, że niemo do mnie przemawiasz, objawione w swej mądrości:
O, jakżebym ja mógł nie odgadnąć całej wstydliwości twej duszy! Przed słońcem wzeszłoś ku mnie, najsamotniejszemu.
Myśmy przyjaciele od przedpoczątku: nam troska, groza i dno rzeczy jest wspólne; i okrom tego słońce naszą jest spólnotą.
My nie przemawiamy do siebie, jako że zbyt wiele wiemy: wzajemnem milczeniem i uśmiechami ślemy sobie wiedzę swoją.
Nie jesteś-że ty światłem mego ognia? Nie masz-że ty siostrzanej duszy dla mego wnikania?
Społem uczyliśmy się wszystkiego, społem nauczyliśmy się ponad siebie ku sobie wstępować i bezobłocznie uśmiechać: —
— uśmiechać bezoblocznie z świetlanych źrenic, a milowych dali, wonczas gdy na niżach przymusy, cele i winy dymią jak deszcze.
A gdym samotny wędrował, czegóż łaknęła ma dusza po nocach i na ścieżkach swych błędnych? A gdym na góry się wspinał, kogóż, jeśli nie ciebie, szukałem ja na górach?
A wszystkie te moje wędrowania i po górach wędrówki: niedołęstwem były wszak one i wybiegiem niezaradnego: latać chciała jedynie wola ma cała, w ciebie oto wlecieć!
I czegóżem ja bardziej nienawidził ponad rozwłóczone chmury i wszystko, co ciebie plami? I swą nienawiść nienawidziłem ponadto, iż ona ciebie kalała!
Dla tych rozwłóczonych chmur żłoby jam pełen, dla tych pełzających kotów drapieżnych: mnie i tobie kradną one nasze wspólne, olbrzymie, nieogarnięte „tak!“ i „amen!“
Dla tych pośredników i mątw pełni jesteśmy żłoby, dla tych chmur rozwłóczonych: dla owych połowicznych, co ani błogosławić, ani kląć nie potrafią.
Raczej pod zaniknie tem niebem w beczce tkwić, raczej bez nieba na dnie przepaści trwać, niźli ciebie, świetlany niebios stropie widzieć zbrukanym przez rozwłóczone chmury.
Po tylekroć brała mnie ochota złotym zygzakiem błyskawicy przygwoździć je do nieba, aby, jako piorun, na ich kałdunach, niby na kotłach, zabębnić: —
— tym gniewem mściwy pałkierz, że mi twe tak! i twoje amen! kradną — niebios ty stropie ponade mną przeczysty! Świetlany! Światła ty przepaści! — że mi moje tak! i moje amen! zrabować chcą.
Bo zcierpię ja raczej łoskoty, gromy i wszystkie klątwy nawałnicy, niźli ten przebiegły, wątpliwy spokój kotów; a i pośród ludzi najserdeczniej nienawidzę wszystkich lekko stąpających, połowicznych i wątpliwych: te ociągające się rozwłóczone chmury.
A „kto błogosławić nie umie, niechże kląć się nauczy!“ — ta jasna nauka z jasnego spadła mi nieba, ta gwiazda pośród czarnych nawet nocy świeci na moich niebiosach.
Ja zaś jestem błogosławiony i zawołanie „tak“ głoszący, skoro ty tylko jesteś nademną, przeczyste! Świetlane! Światła ty przepaści! — we wszystkie otchłanie wniosę ja jeszcze nie błogosławiące „tak!“
Błogosławiącym jam się stał; zawołanie „tak“ głoszący: przełom tak długo się borykał, aby mieć kiedyś wolne dłonie ku błogosławieństwu.
A tem jest błogosławieństwo moje: nad rzeczą wszelką za własne jej niebo zawisać, jako dach jej krągły, jako dzwon lazurowy i pewność wieczna: błogosławiony zasię ten, kto tak błogosławi!
Gdyż rzeczy wszelkie ochrzczone są przy krynicy wieczności i poza złem, a dobrem: dobro zaś i zło międzycienie są to tylko, i wilgłe smętki i chmury rozwłóczone.
Zaprawdę, błogosławieństwo to, a nie lżenie, gdym pouczał: „nad rzeczami wszystkiemi stoi niebo przypadku, niebo bezwiny, niebo trafu, niebo zuchwałego pokuszenia.
„Z łaski trafu“ — oto najstarsze szlachectwo świata, jam je zwrócił rzeczom wszelkim, wyzwoliłem rzeczy z pod jarzma celu.
Tę swobodę i niebios radosność postawiłem za dzwon lazurowy nad rzeczami wszystkiemi, gdym pouczał: „wśród wszystkiego jedno jest niemożebne — rozsądek!“
Nieco rozumu wprawdzie, siemię mądrości rozproszone jest od gwiazdy do gwiazdy, — zaczyn ten domieszany jest rzeczom wszelkim: w imię szaleństwa domieszana jest mądrość rzeczom wszelkim!
Nieco mądrości jest wprawdzie możebne; lecz tę błogą pewność znalazłem pośród rzeczy wszelkich: że one bardziej jeszcze rade na nogach przypadku — zatańczyć.
O niebios stropie ponade mną przeczysty! Wyniosły! Tem jest mi oto twa czystość, że wieczne pająki i rozumu pajęczyny nie istnieją wcale: —
— i żeś tanecznem ty boiskiem dla boskich przypadków, żeś mi boskim jest stołem dla boskich kości i graczy! —
Lecz ty rumienisz się oto? Zalimż powiadał o niewypowiadalnem? Zalimż bluźnił, chcąc ciebie błogosławić?
Lub jest to może ów wstyd we dwoje, co nam rumienić się każe? — Nakazujesz mi może odejść i zamilknąć, gdyż — dzień się zbliża?
Świat głębią jest: — a głębsza, niźli myślał dzień. Nie wszystkiemu wobec dnia słowem głosić się wolno. Wszakże dzień nadchodzi: rozłączmyż się tedy!
O niebios stropie ponade mną wstydliwy! Płomienny! O, szczęście ty moje przed słoneczne! Nastaje dzień: nam się rozstać należy! —

Tako rzecze Zaratustra.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Friedrich Nietzsche i tłumacza: Wacław Berent.