Tajemniczy ogród/Rozdział III

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Frances Hodgson Burnett
Tytuł Tajemniczy ogród
Data wydania 1937
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz F. Wyszyński i Spółka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jadwiga Włodarkiewiczowa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
ROZDZIAŁ III.

PRZEZ WRZOSOWISKO.

Mary długo tak spała. Po przebudzeniu się jej pani Medlock kupiła na jednej ze stacyj koszyk ze śniadaniem, w którym były kurczęta i wołowina na zimno, chleb z masłem i gorąca herbata. Deszcz padał zawzięciej, niż przedtem, a na stacjach wszyscy poubierani byli w płaszcze gumowe, lśniące i ociekające od deszczu. Konduktor zapalił lampy w wagonie, a pani Medlock rozkoszowała się swoją herbatą, kurczętami i wołowiną. Zjadła dużo, poczem sama zasnęła, a Mary siedziała, przyglądając się jej i jej kapeluszowi, który się smętnie zsunął na prawe ucho, aż wreszcie i ona zasnęła powtórnie, wtulona w kąt wagonu i ukołysana jednostajnem biciem deszczu o szyby. Było już zupełnie ciemno, gdy się zbudziła. Pociąg zatrzymał się na stacji, a pani Medlock zaczęła nią trząść.
— No, ale też panienka spała! — wykrzyknęła. — Wszakże czas już otworzyć oczy! Jesteśmy już w Thwaite, a jeszcze długa jazda przed nami.
Mary wstała i usiłowała otworzyć oczy, gdy tymczasem pani Medlock zbierała pakunki. Dziewczynce na myśl nie przyszło pomóc jej w tej czynności, gdyż w Indjach tubylcza służba zawsze wszystko za nią robiła, i zdawało jej się rzeczą zupełnie naturalną, żeby jej usługiwano.
Była to mała jakaś stacyjka, i nikt inny nie wysiadł tu prócz nich. Naczelnik stacji zaczął rozmawiać z panią Medlock w szorstki, ale poczciwy sposób, wymawiając wyrazy dziwnie rozwlekle, tak jak Mary później spostrzegła, że mówią w Yorkshire.
— Co to, już pani zpowrotem? I przywiozła pani tę małą?
— Aha, to ona — odparła pani Medlock, mówiąc też w narzeczu jorkszyrskiem i wskazując ruchem głowy Mary. — Jakże się ma żona?
— Nieźle, dziękuję. Powóz czeka po drugiej stronie.
Powóz stał istotnie przez zajazdem stacji. Mary spostrzegła, że powóz jest wykwintny, i że służący, który pomógł jej wsiąść do niego, również jest wykwintny. Długi jego płaszcz gumowy i pokrycie głowy lśniły i ociekały od deszczu, jak wszystko bez wyjątku, nie wyłączając grubego naczelnika.
Gdy służący zatrzasnął drzwiczki i usiadł obok stangreta na koźle, dziewczynka usadowiła się w wygodnym, miękkim kąciku, lecz senność całkiem ją odeszła. Siedziała, wyglądając oknem i pragnąc zobaczyć cośkolwiek na tej drodze, wiodącej do dziwnego domu, o którym mówiła jej pani Medlock. Nie było to dziecko lękliwe, i nie można powiedzieć, by była wystraszona, lecz czuła, że Bóg wie, co może się jej zdarzyć w domu, w którym jest sto zamkniętych pokojów, w domu, stojącym na krańcu wrzosowiska.
— Co to jest wrzosowisko? — spytała nagle panią Medlock.
— Patrz wciąż oknem, a za jakie dziesięć minut sama zobaczysz — odparła kobieta. — Musimy pięć mil jechać wrzosowiskiem, zanim dojedziemy do domu. Wiele panienka nie zobaczy, bo noc ciemna, ale cośkolwiek będzie można dostrzec.
Mary nie zadawała już więcej pytań, lecz czekała w swym kąciku, wpatrzona uparcie w okno. Latarnie rzucały przed powozem smugi światła, i Mary dostrzegała zarysy przedmiotów mijanych. Po opuszczeniu stacji, gdy przejeżdżali przez małą wioskę, dostrzegła białe domki i światła w domu ludowym. Potem minęli kościół, probostwo i domek z rodzajem okna wystawowego z zabawkami, słodyczami i rozmaitemi przedmiotami na sprzedaż. Później wyjechali na trakt, i Mary dostrzegła żywopłoty i drzewa. Potem długo nie było nic godnego uwagi, a Mary czas począł się dłużyć.
Wkońcu konie zwolniły biegu, jakgdyby wjeżdżały na wzgórek, i zdawało się, że już niema ani żywopłotów, ani drzew. W istocie Mary nie mogła dostrzec nic, prócz nieprzeniknionej ciemności po obu stronach. Pochyliła się naprzód i przytuliła twarz do szyby, kiedy naraz powóz podskoczył.
— No, teraz to już na pewno jesteśmy na wrzosowisku — powiedziała pani Medlock.
Latarnie rzucały trochę światła na nierówną, złą drogę, która była jakby poprzecinana krzakami i czemś nisko rosnącem, czemś, co się kończyło dokoła gdzieś na krańcu horyzontu. Powstał wiatr, który wydawał dziwne, dzikie, szumiące odgłosy.
— Czy to... czy to morze, czy nie? — spytała Mary swą towarzyszkę.
— Nie, to nie morze — odparła pani Medlock — ale też nie pola, ani góry, tylko mile całe, długie mile dzikiego pastwiska, gdzie nic nie rośnie, prócz wrzosów, i gdzie nic nie żyje, prócz dzikich koników, zwanych ponney, i owiec.
— A jednak czuję, że toby mogło być morze, gdyby była woda — powiedziała Mary. — Takie to zupełnie wydaje odgłosy, jak morze.
— To wiatr jęczy w zaroślach. Dla mnie to dosyć dzikie i samotne miejsce, choć mnóstwo ludzi je lubi, zwłaszcza gdy wrzosy kwitną.
Jechały tak coraz dalej w ciemności, a choć deszcz ustał, zerwał się silny wiatr, który świszczał i niemiłe wydawał dźwięki. Droga prowadziła to wgórę, to znów nadół, a kilka razy powóz przejeżdżał mostki, pod któremi z łoskotem szumiały spienione wody strumyków. Mary miała uczucie, że jazda ta nigdy się nie skończy, i że wielka zimna wydma to ciemny ocean, a ona jedzie przezeń wąskim pasem lądu.
— Nie lubię tej wydmy — powiedziała sobie w duchu i silniej zacisnęła cienkie wargi.
Konie pięły się wgórę drogi, gdy Mary pierwsza dostrzegła światełko. Pani Medlock spostrzegła je również i odetchnęła z uczuciem wielkiej ulgi.
— Kontenta jestem z tego światełka — zawołała — to światło w domku portjera. No, za chwilkę napijemy się gorącej herbaty.
Było to szczególne «za chwilkę», jak rzekła, bo powóz, przejechawszy bramę parku, musiał przebyć jeszcze dwie mile angielskie alei, a drzewa, które niemal zupełnie stykały się czubami, tworzyły nad niemi jakby długie, ciemne sklepienie.
Wyjechali zeń wreszcie na jaśniejsze miejsce i zatrzymali się przed ogromnie długim, nisko i nieregularnie zbudowanym domem. Narazie zdawało się Mary, że dom cały jest ciemny, dopiero gdy wysiadła, dostrzegła słabe światło w jednem z okien na piętrze.
Wchodowe drzwi olbrzymie, ciężkie, były zbite z masywnych, dziwnie rżniętych desek dębowych, nabijane wielkiemi, żelaznemi gwoździami i powiązane żelaznemi sztabami. Przez nie wchodziło się do olbrzymiego hall’u, który był tak słabo oświetlony, że Mary wcale nie czuła ochoty przyglądać się starym portretom pań i panów w całkowitem uzbrojeniu. Gdy tak stała na kamiennej posadzce olbrzymiego hall’u, wydawała się bardzo drobną i bardzo niezwykłą, czarną figurką i czuła się dziwnie nikłą i osamotnioną.
Ubrany bez zarzutu chudy, stary człowiek stał wpobliżu lokaja, który mu drzwi otwierał.
— Ma ją pani wziąć zaraz do jej pokoju — rzekł głosem zachrypniętym. — Pan nie życzy sobie jej widzieć. Rano wyjeżdża do Londynu.
— Doskonale, panie Pitcher — odparła pani Medlock. — O ile wiem, czego chcą ode mnie, to z pewnością wykonam.
— Czego od pani chcą, mościa dobrodziejko? — rzekł Pitcher. — Jedynie tego, aby on miał zupełny spokój i aby nie widział tego, czego widzieć nie pragnie.
Potem zaprowadzono Mary Lennox przez szeroką klatkę schodową i długi korytarz, i znów wgórę po kilku stopniach, i przez inny korytarz, i jeszcze przez jeden, póki nie natrafiono na drzwi, prowadzące do jej pokoju, gdzie znalazła ogień na kominku i kolację na stole.
Pani Medlock odezwała się bez ceremonji:
— No, jesteśmy na miejscu! Ten oto pokój i ten sąsiedni przeznaczone dla panienki — muszą panience wystarczyć. Proszę o tem nie zapominać.
W taki sposób panna Mary znalazła się w Misselthwaite Manor i chyba nigdy w życiu nie czuła się taką prawdziwą «kapryśnicą», jak w owej chwili.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Frances Hodgson Burnett i tłumacza: Jadwiga Włodarkiewiczowa.