Strona:Zygmunt Różycki - Wybór poezji.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
I

Gdy wokół się rozsnuje jasna biel miesiąca
I na ścieżki ogrodu padną długie cienie,
Wszędzie ściga mnie czyjeś rozpaczne westchnienie,
Ktoś chodzi ciągle za mną, ktoś o pierś mą trąca.

Ktoś chodzi, ktoś pocichu wymawia me imię,
Ktoś strąca mi pod nogi zielone listowie — —
— Kto jesteś? zapytuję!.. Nikt mi nie odpowie, —
Zbłąkane ćmy fruwają w mgieł przejrzystym dymie.

— Kto jesteś? Woła echo z rozjaśnionej dali,
Z tajnych zakątków sadu i z gęstych zarośli,
Rozszerzając się wokrąg, brzmiąc coraz donioślej!

Chcę uciec stąd czemprędzej! Lęk mnie wstydem pali!
Lecz czuję, gdy zostanę tu choć chwilę dłużej,
To tajny, dziwny głos ten dziś mi śmierć wywróży!