Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   85   —

Na to Szandarowski.
— Chłopie, jeśli łżesz, szyja ci spadnie, ale jeśli prawdę mówisz, proś, o co chcesz.
A Michałek skłonił mu się do strzemienia.
— Żebym tak zdrów był! Nie chcę nijakiej nagrody, jeno żeby mi wielmożny pan oficer „siablę“ dać kazał.
— A dać mu tam jaką szerpentynę — krzyknął na swoją czeladź zupełnie już przekonany Szandarowski.
Inni oficerowie poczęli wypytywać jeszcze Michałka, gdzie plebania, gdzie wieś, co robią Szwedzi, ten zaś odrzekł:
— Pilnują, psiajuchy! Kiedybyście prosto poszli, to was obaczą, ale ja was za olszyną poprowadzę, Wydano wnet rozkazy, i chorągiew ruszyła, zrazu rysią, potem w skok. Michałek jechał oklep na swoim źrebaku, bez uzdy, przed pierwszym seregiem. Źrebaka piętami poganiał, a coraz to spoglądał promienistemi oczyma na obnażoną szerpentynę.
Gdy już wieś było widać, wykręcił w łozy i wiódł drogą trochę grzązką, ku olszynom, w których było jeszcze błoto; zaczem zwolnili koniom.
— Cichojcie! — rzekł Michałek — jako się olszyna skończy, oni będą na prawo o ćwierć stalania.
Więc poczęli się posuwać bardzo zwolna, bo i droga była trudna, a ciężkie konie jazdy