Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   70   —

pomniał sobie przygodę Michałka, że zaś pilno mu było opowiedzieć proboszczowi, jak dzielnie spisał się jego chrzestniak, więc, nie bacząc na zmęczenie, co tchu przyodziewek naciągnął i do plebanii pośpieszył.
— To mówisz, że na tych wozach kule i broń były? — pytał proboszcz, który, usłyszawszy nowinę z ust Piotra, długo głową kręcił, a potem natychmiast Michałka wołać do siebie kazał.
Chłopak stał w progu, zaspany i nieumyty, ale rad okrutnie, raportował też śmiało, jak żołnierz, kiedy się przed dowódcą swymi czynami chwali.
— Oni wprzód gadali, co groch wiozą na spyżę dla wojska, ale się ich cygaństwo wnet wydało, bo w strachu sami potem lamentowali, jako ciężkie kule po błocie wlec muszą. Ja sobie tak uważam, z przeproszeniem jegomości, że te ich fuzye toby się pewnie panu Czarnieckiemu zdały, i że onby z nich był okrutnie rad.
— A któż się to odważy wyciągać wory z błota, kiedy Szwedyi łatwo o wszystkiem wiedzieć mogą i pomsty będą szukali nad całą wsią.
— To też nikomu o tym interesie gadać nie potrza, ino takim, którzy śmiałość mają, a gębę dobrze stulić umieją. Niech mi jegomość dadzą pozwoleństwo, ja się tatula zaradzę,