Strona:Zofia Bukowiecka - Michałek.djvu/45

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
—   41   —

do ostatniego tchu w tej służbie wytrwam za Bożą pomocą — mówił.
I słowa dotrzymał pobożny zakonnik. Najstraszliwsze szturmy mężnie znosił, krzyżem kule od kościoła odpędzając, stałością nieprzyjaciela znużył, aż po paromiesięcznem oblężeniu musiał Szwed z wielkim wstydem od częstochowskiego klasztoru odejść, jako nie przymierzając ten wilk, który się pod owczarnię chytrze skrada, ale nic porwać z niej nie zdoła, jeśli psy wiernie wrót pilnują.
Wielka była radość ludu, gdy się dowiedziano, że Szwed od Częstochowy odstąpił, a klasztor jasnogórski stoi, jak stał, i świeci całej Polsce chwałą Matki Boskiej.
Michałek szalał ze szczęścia.
— Jegomość prawdę powiadali! Ksiądz Kordecki obronił Częstochowę, teraz drugi raz będzie prawda jegomości, że Szwedzi przyjdą do Rudnika — mówił do zakrystyana, ale opiekun zgromił wychowanka:
— Zawsześ głupi, Michałku, pocóżby zaś tu leźli; zawstydzili się swego szelmostwa, że na Najświętszą Pannę nastawali, to teraz uciekną za morze, jak tamci z pod Kirchholmu.
Michałek jednak przekonać się nie dał.
— Przyjdą, tatulu, skoro jegomość mówili, a ja im kulasy poprzetrącam — odgrażał się stajenny i szedł do czeladniej izby parobkom nowiny zanieść, które był posłyszał na plebanii.