Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/447

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


daleki a sa już nie odpomnieniem rozwlekłym i szczegółowym, lecz skrótem, akordem syntetycznym; ukraca się czas; niewiele go już zostało. Odwracają się te utrwalone klisze jak karty olbrzymiej księgi — poprzez miasta, ulice, domy — poprzez góry, rzeki, krajobrazy — poprzez zdarzenia mało ważne i decydujące — poprzez dzień dzisiejszy, poprzez tę trumnę — poprzez twarze — twarze — twarze — — poprzez tę wielką pieśń, która jest melodią śpiewającej wkoło słońca ziemi — muzyka i poezja są jej okruchem —;— karta za kartą; — przesuwają się z ledwo słyszalnym szelestem, takim, jakie wydaje dotknięcie palcami matowego szkła; — karta za kartą —: pejzaże, drzewa, kwiaty, tytuły książek — —
...Balbina — cisza miesięczna — szelest drżącego w jej srebrnych oczach lasu nad wrzosowiskiem;... Marysia — w zapadłej kuźni zadźwiękło kowadło;... pani Kle: „gdy siwizną przyprószy nas wiek“, dzień był złoty od kaczeńców, w zalewiskach powiosennych płukały się chmury jak białe kaczki......
....Wisia — gwar nagły; zmilknięcie; a potem jednostajny, swojski, jak oddychanie, szmer potoku; ...pani Ho — mroczna głąb sceny wszerz i wzdłuż — — karta za kartą —
Przez przymrużone powieki, przez omgloną tęczę wilgotnych rzęs, widać tę trumnę coraz wyższą — już ponad domy podniesioną — ponad dachy — wysoko —
Z poza niej mglą się dwa obłoki: — blada, zwarta twarz Jurka i zapłakane, dżdżyste oczy Hanki —