Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/441

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cych trumnę padło; — odrazu podsunęli się inni pod zachwiane brzemię; — teraz już trzeba było rękami rozklekotane deski przytrzymywać — i było, iż kula przebiła podtrzymującą dłoń i naznaczyła ją stygmatem — ; — ktoś zrywa z szyi krawat — i drugi — i trzeci — węźlą i bandażują trumnę, żeby się nie rozpadła zanim nadejdzie jej czas.

Cyprjan już wie, teraz wie, teraz wie wszystko; padło to weń jak promień słońca przez szparę w okiennicy. — I jeszcze to nagłe pytanie zakołatało się raptownie jak niespodziany przestrach: gdzie Maura? — dobrzeby było uścisnąć jej suchą, gorącą dłoń! — Ogląda się pośpiesznie; szukać w tej masie! — może... później; — — „później“ — takie słowo doniczego nie zdatne — — przecież już teraz wie, teraz nareszcie zna wagę słów — — nie wiele tych ważnych; dwa.

Przedni rój milicji forsuje barykadę; ostatnia; usypana ze zwałów wyrytego bruku, cegieł, tramów i desek; w tym miejscu buduje się dom; stąd materiał; rusztowanie i wszystko inne. Z obu krańców tyralierka szczeka w tłum. — Środkiem — to znów ten szaleniec! — pędzi na czele roty — robią wypad. — Biegną na bezbronnych z rewolwerami, szablami, pałkami. Zwarły się obie fale ze sobą; — bezbronni nacierają masą; — braknie amunicji, aby wszystkich wystrzelać.
Walka.
Przed trumną robi się nagle pusto; — duża pusta, przestrzeń zamieciona trwogą — głucha i przycza-