Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/407

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na dnie —; i oddalnie nieco: — czerwone jak to, co dziać się będzie, co się zaczęło już —
— ani słowa teraz! — jutro wszystko, za kilka godzin, przecież... sam przecież chciałeś, tak chciałeś,, aby nie... Razem pójdziemy, jutro jest świata, noc dzisiejsza nasza — przeto tak urządziłam, aby nasza była, bez snu, bez rana —
Tedy mówili sobie o sobie, o swych młodościach, tragediach — i o sobie wciąż, dzisiejszych, tu siedzących, nabrzmiałych tęsknotą tylu miesięcy, gdy ustami i dłońmi, piersiami i płciową pokusą były ich listy szerokie.
— to niesłychane, o Cyr, to wielka wygrana życia, moja wygrana, to wielki los — spotkanie niebywałe —
Mówi wersetowo.
— mógłbym rzec: moja wygrana, lub wspólna: — prozaicznie (Cyprjan).
A ona:
— jesteś jak drzewo żywota, rodzisz słodkie, pożywne owoce — karmisz nimi Maurę —
Zląkł się na moment, że powie „twoją“; uraz do zaimków dzierżawczych, natrętnych w takich sytuacjach. Lecz nie. To dobrze. Więc rzekł:
— z pustymi przychodzę rękami, chcą być pełne ciebie —
Brzękły przeciągle podniesione kieliszki; — sącza w siebie drobnymi łykami żywy, ciepły, mocny sok ziemi.
Maura nachyla się i cofa — nachwiewa się modlitewnie, muezińsko, pierwotnie też. I porusza so-