Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/399

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieści pięć — więc przed dziesiątą — — hojdają się i odchylają chwytki węzłowe przy abażurze — ciemne, ruchliwe, jak pszczoły na uwięzi — za nimi klosz błyszczącej lampy — — czy na peronie będzie? czy przy wyjściu? — — minuta za minutą —: dziewiąta czterdzieści, czterdzieści jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, siedem — —
Łuna popielata — gwar stłumiony — — to już będzie — —
Walizka, płaszcz, laska — żeby czegoś nie zapomnieć — bilet przygotować — tak, no toby było; — — idzie przez olbrzymi, niemy dworzec — powoli — — serce tłucze się jak opętane! — — naostatku; — schody w dół — długie podziemie betonowe — pogłos mnoży stukot kroków przez dwa, przez cztery, przez sześć — cała przestrzeń tej beczki posiatkowana algebrą — — teraz strzała: na prawo! — schody — pod górę teraz — — wyjście; — na końcu kurytarza zwężone dwoma szklanymi klatkami wyjście; wspośrodku przegroda — po jednemu, po jednemu, powoli, nie pchać się — —
Cyprjan idzie ostatni; wszyscy go wyprzedzili; pomiędzy cwałującymi pasażerami a nim uczyniła się przerwa; przestrzeń pusta. Tu on — a tam, przy tej przegrodzie — pocóż się było siebie pytać? — przecież wyraźnie pisała: przy barierze; — już widzi! kolor zielony! — idzie jeszcze wolniej, nogi stają się ociągliwe; głowa zaś podniesiona — tak jakby nie dostrzegał, nie starał się, nie potrzebował dostrzegać; — oddał ręce wyciągniętej z prawej klatki bilet — — — teraz stoją twarzą w twarz. Patrzą na siebie jakby w lustra, w lustra naprzeciw siebie usta-