Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/352

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


kał — czekał na wiew przychylny, któryby liść zbliżył; czekał cierpliwie.
Cyprjan obserwował całą tę robotę z zaciekawieniem. A, że tego wiewu ani się doczekać — więc przysunął ów liść delikatnie ku chrząszczowi; momentalnie zaczepiły się oń stróżujące nogi i przyciągnęły liść gdzie trzeba; zaraz go tez wytrawny budowniczy wygiął i przymocował odpowiednio do prawowitego gniazda, które miał niby spadzisty daszek chronić przed zalewem deszczu i przed zbyt natarczywym światłem; — we wszystkich czynnościach przeważała celowość, fukcjonalność, duża znajomość praw przyrody, przewidywanie, oraz pierwszorzędne uzdolnienia inżynierskie i architektoniczne.
Fakt ten sam w sobie drobny i powszedni — o tej obserwacji mowa — pobudził w Cyprjanie, ciągle na dnie jego świadomości przyczajone, pragnienie ciszy, spokoju i równowagi. Wszystkie represje napierające od strony współżycia, konsolidacje i rozpraszania — były dlań, w tym decydującym centrum mózgu, w którym destylowała się ekskluzywność i dociekliwość samotnicza — obmierzłe i przeklęte.
Niepokój oplątał i drążył mózg — w jego sieciach i tunelach brzęczał ustawicznie obłęd, który pod kopułą czaszki przewalał się rudy i zły jak gradowe chmury.
Tak było.
I w tamtym momencie szpital był odpoczynkiem.
A potem — cios!
A teraz?