Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/293

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


bokich oczodołach; wzrok w grocie. Namiętny społecznik; marksista.
— mówiłem co — ? —
— a coś tam pan mamrotał —
— głupstwo jakieś —
— zdaje mi się, że tak —
— słusznie —
— jakaś zmora pana dusi, zdeklasowany inteligencie —
Miał ten Julek żonę piękną; malarkę zdolną; — typ hiszpanki, smukła, smagła, brunetka — duże czarne ślepia, wilgotne, sarnie. — Również społeczniczka; oboje pracowali w kompartii.
Kochali się bardzo; i kłócili się wciąż.
Julek puszczał pieniądze na „kwarytki“, po prostu na wódkę. A tych pieniędzy wogóle dużo nie było. Ale taką presję miały wtedy jego szczenięce lata: pić! Z wódą albo na wódzie! inaczej ani rusz. Przed ukończonym ćwierćwieczem życia bywa tak. — Rozsadzało go. Fakt faktem, że talent w nim duży, aktorski jeden, malarski drugi; lecz w tym drugim — po wylaniu go z akademii za „wywrotowe rysunki“ — zaniedbywał się zupełnie; nygusował.
Jedyna to była para ludzka bliska Cyprjanowi na tym owoczesnym miejskim, nieprzychylnym terenie. Kochali się we troje mądrze i pożywnie. Tych dwoje dawało mu swą młodość świeżą, bujną, hormonalną: bierz, krzep się starszy towarzyszu. On im dawał źrałość i plon doświadczenia: bierzcie, kochani, wszystko — to i tak nie wiele warte, ale przydać się może.
Julkowie — jej było Janka — mieli ustawiczne