Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 2 (bez ilustracji).djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przybiegł kochany kudłacz, popielaty cały, w kędzierzawych zabawnych portasach — tylko gors i końce łapek jaśniejsze. Oszczekał radośnie zjawienie się człowieka, z którym łączyła go przyjaźń wieloletnia, wsparł się przednimi, niezgrabnymi jak u podlotka, nogami o jego kolana, podniósł zacną, wydłużoną mordkę i mądrymi oczyma oraz wymownym ogonem powiedział odrazu co miał na sercu: „bardzo mi się już nudziło, dobrze, żeś wyszedł z tego wstrętnego pokoju, w którym ja godziny wytrzymać nie mogę, a ty tam siedzisz i siedzisz, dziwny jesteś i nierozumny, lecz kocham cię bardzo, przeto dopatruję się sensu w twych bezsensownych poczynaniach; lecz chodźmy teraz“ i dodał wywieszonym językiem: „bardzo dzisiaj gorąco i przyjemnie“; Cyprjan odpowiedział jak należało oczami, pogłaskaniem i formułką: „no no już dobrze, mój stary“. Pies zadowolny z odpowiedzi puścił się pędem w kierunku ogrodu warzywnego, gdzie Wisia kucała nad grządkami truskawek; w ogrodzie tym były liczne kretowiska, rozkopywanie ich i sznochtanie zarytą w krużganek kreci ciuką było ulubionym zajęciem psa. — Nieobliczalny jednak i nie kierujący się rozumem człowiek poszedł w przeciwnym kierunku; pies obejrzał się, przystanął, zastrzygł stojącymi uszami, szczeknął: „niech ci będzie, ostatecznie ustąpię, wszystko jedno“.
Poszli więc poza dom ku stodole, a stamtąd na drogę kamienistą, w pośrodku której stała córeczka Borutów; na warcie niby; więc jeszcze z nią — w podjęciu jej głowy na dłoni jak piękny, letni owoc — pogwarka króciutka; dziewczynka odeszła szybko.