Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lone szyje, płuca, rozwalone brzuchy z siniejącym rojowiskiem jelit; — poobwiązywani i pobandażowani byle jak i całkiem źle — tyle, żeby utrudnić konanie, przewlec mękę.
— oto, spójrz, wojna —
— ostatnia nędza i poniewierka ludzka —
Szli pośród tych okropności, przekraczali ciała zastygłe i wijące się w agonii. Wolne przejście było daleko za dworcem u wylotu ciemnej, bocznej ulicy. W załomie jakichś szop i przybudówek w zatarasowaniu starymi niezdatnymi już wagonami — było miejsce odosobnione i okratowane gęsto gmatwaniną drutu kolczastego. Wartownicy z błyszczącymi bagnetami chodzili dookoła tej klatki z której wydobywały się zwierzęce wycia, przekleństwa, szlochy, śmiechy i zawodzenia. — Tu zamknięto tych, którzy oszaleli na froncie. W małym świetle latarni gazowej widać było siedzące, pokurczone postacie, żołnierzy wyjących i bijącyh pięściami w ściany i zasieki kolczaste — pokrwawionych, o oczach strwożonych do ostatka. W kącie klęczał mężczyzna z siwiejącą brodą — wychudzony jak kościotrup — bił się w piersi, wył i zawodził:
— i odpuść nam nasze winy — i odpuść nam nasze winy — kyrie elejson — pomiłuj Chryste —
Nagły krzyk przedarł powietrze i zawisł na chwilę nad tą Gehenną człowieczą:
— matko!!! —
Gdy Cyprjan i Ludek mijali w popłochu myśli to miejsce — powstał wśród obłąkańców żołnierz młody jeszcze, głowę miał przewiązaną jakąś szmatą ciemnego koloru — rękaw bluzy oddarty — i