Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I wyfrunęło z jej ust, jak pierwszy motyl wiosenny, to słowo: — muza —; zatrzepotało i usiadło na pierwiosnku; — i jeszcze:
— kiedy? —
— w tę noc —
— pierwszy raz? —
— pierwszy —
Motyl odfrunął dalej; wysoko; stopił się z błękitem; znikł.
— to się łączy; — dziękuję ci —
— ty mnie —? —
— za potwierdzenie —
Po jakimś czasie zniknęła nagle. Szukał jej wszędzie; daremnie.
Wtedy to właśnie wyjechał.
...to dziwne, nienaturalne właściwie, nigdy jej sobie nie wyobrażam realnie, że tak powiem, zdrowo, jako kobietę z krwi i ciała. Była człowiekiem omalże atmosferycznym; bez funkcji fizjologicznych; trudno uwierzyć, że musiała czasem też... chyba księżycem, psiakrew; — Zirytował się nagle!... dwóch prawiczków na poetów wykierowała... poezja! sama poezja! czysta i sama — bez tego...
Przypomniał sobie swe częste wysiady w restauracjach dworcowych; niema w nich zasiedziałej i zaśniedziałej ciekawości jaka zawsze czyha we wszystkich innych restauracjach, cukierniach, jadłodajniach; tu nikt niema czasu; wyjeżdża, przyjeżdża, czeka; sobą zajęty. W takich warunkach nawet pisać można; choćby listy. — I otóż to! — Wchodzi pospiesznie i górnie zaaferowana dama; tyle przecież tych spraw i zajęć na świecie, prawie tyle ile męż-