Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nurtem wodnym pchane, do paprotnych przystani. Cisza leniwa gładziła wrzosy, krzewy i drzewa.
Spojrzała.
— nigdy? —
Stał blady bardzo; drżał.
— nigdy —
— chcesz mnie (—a to już zwrócona ku wodzie —).
Zamiast odpowiedzi — jakże tak powiedzieć: chcę! — klęknął przed nią i wtulił twarz w jej suknię. — Uniosła ją — czoło jego dotknęło ciała pomiędzy wysokimi pończochami a górnym ubraniem. Ciało to było cieple; pachniało mgłą i narcyzami.
Wtulił w nią głowę.
Pogłaskała go po włosach; — niespostrzeżenie rozpięła i ściągnęła z siebie szatki; odrzuciła.
— całuj —
Usta jego natrafiły na miękki puch, dotknęły stulonych, ciepłych kątów warg; — podsunęła je ku ustom; wygięta jak łuk działała ciałem rytmicznie — samochcąc i świadomie — nieomylnie i celowo. — Wreszcie przechyliła się wtył i ułożyła na wznak; — ręce chude i zgoła dziewczęce, smukłe i kruche pokładły się bezwładnie wzdłuż ciała — spokojnie — mumiowo — tylko palce odchylonych dłoni chwytały pęki wrzosów i wypuszczały — znów rytmicznie: przypływ i odpływ.
— chodź —
Wgniótł ją w miękkie chłodne mchy i we wrzosowisko.
W zmagającej się nawale krwi — krzyknął nagle — przerażony do ostatka. — Piękna, nieziemska