Strona:Zegadłowicz Emil - Motory tom 1 (bez ilustracji).djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


A bieg spraw życiowych nie przystanął przecież — wyszlachetniał raczej; — niema tej uganiaczki zawstydzającej o zdobycie grosza, niema weksli, niema protestów, niema komorników — — z różnych instytucji napływają pieniądze, że to „znany literat“, i, że „chluba“, a jakże; — najłatwiej i najskuteczniej śmiercią się dorabiasz, poeto, pamiętliwości ludzkiej; ale i ciężką choroba, też trochę; — ot i szpital zadarmo! — A już inna sprawa, że tu tak dbają, że się opiekują, że im zależy. Są dobrzy, bardzo dobrzy; lekarze; z ludźmi o przyrodniczym na świat poglądzie zawsze się łatwo po człowieczemu porozumieć; religie stwardzają serca; mistycyzm je znieczula; wyznania fanatyzują.
I cóż tam mówić: „nie przystanął bieg spraw“! — nonsens! — wzmógł się raczej! — Podsunął się myślom dźwięk: Maura —
Wysunął cicho szufladę — wyjął list wczorajszy odczytał:
...mamy tu obecnie, staggione; no, nasi śpiewacy! tu na południu! — możesz sobie wyobrazić! — byłam na „Cavaleria“ i „Pajacach“. Widziałam je, słyszałam kilkadziesiąt razy; jednakże przeżycia moje na tle muzyki wczorajszego wieczoru były w ustawicznym kontakcie z tobą — — i potem! — Noc nie należała do mnie. O godzinie 1-szej po napatrzeniu się w wizerunek twój, zgasiłam lampę z obowiązkowym zamiarem, że trzeba spać. Usnęłam też drzemką powierzchowną, jakąś powłóczystą, w której umęczony organizm nie znalazł absolutnego wyprężęnia, gdyż wyczuwałam dokładnie, jak każde uderzęnie pulsu woła: Cyr — Cyr — Cyr — Cyr; wieczny