Strona:Zbigniew Uniłowski - Wspólny pokój.djvu/238

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


optymizm i pesymizm nie nosi w swej czaszce. A jakże, i kochać też potrafię, bez żadnych tam wertheryzmów. Każda minuta jest dla mnie ożywczym nabojem szczęścia. Tak tom sobie ułożył pobyt na tej ziemi. Myślicie, że mam chwilę zwątpień może? Nie, mój umysł emanuje z siebie światło istotnie bardzo czyste. A jakim wielki, a jakim bogaty, jestem doprawdy człowiekiem doskonałym. Chodzę jak olbrzym po ziemi i wybieram sobie co najlepsze kęsy, czasem zawadzę nogą o któryś ze swoich pomników, ulepionych przez maleńkich ludzi. Gdyby mnie ktoś napisał, tak jak Goethe Fausta, mógłby się może porwać na dosięgnięcie wyżyn myśli mojej. Osiągam, osiągam!! Hehe, osiągnę chyba jeszcze więcej!
Twarz Lucjana owiał ostry zapach wódki. Pochylał się nad nim tułów Dziadzi w wahadłowym ruchu. Za nim stały przyczajone w zaciekawieniu postacie staruszka i Zygmunta. Dziadzia wyszeptał:
— Bredzisz, miły? Gorączkę masz, hę?
— Stójcie, może on jest zakochany? — powiedział egzekutor.
— Zakochany jest jak człowiek w lesie, który zapatrzył się w jedno drzewo — wyrzekł posępnie Zygmunt.
Lucjan utkwił rozpalony wzrok w Dziadzi i krzyknął:
— Odejdźcie ode mnie. U...ć się na waszą mentalność! Ja bredzę, ale to bredzenie ułatwi mi pożegnanie się z waszą bezjajowatością. Całe wasze istnie-