Strona:Zbigniew Uniłowski - Człowiek w oknie.pdf/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


na niższe piętro — przyszło tu parę kobiet i kilku mężczyzn. — Zaczęli pić wódkę i śpiewać obrzydliwe piosenki; — pamiętam, że staruszek cały czas krzyczał i wymyślał na jakiś tam — rząd: — ten minister — powiadał — taki to, a taki, a tamten to znów, — fuj, mówił takie słowa, że trudno je powtórzyć i wogóle nie powinno się ich pamiętać; — czy u nas coś podobnego było kiedy, — wprawdzie my jesteśmy na tyle mądremi stworzeniami, że nie potrzebujemy żadnego tam rządu, — ale oni, skoro muszą go mieć, nie powinni tak obrzydliwie na niego wymyślać.
— To masz rację, że ludzie mówią sobie nawzajem wstrętne słowa i kłótliwi są jak małpy, ale pamiętam, że gdy wróciłam tego wieczora, na podłodze była asa wędliny i skórek od sera.
— No, wracajmy, moja droga, bo mi się strasznie jeść chce.
— Ach, wiesz, moja droga, że już niem a co, — skończyły się zapasy.
— Jakto, niem a już nic? — więc staruszek nic nam nie zostawił, — a mówiłaś, że to taki „dobry człowiek?“
— Tak, rzeczywiście — to świnia. I myszy spojrzały sobie w oczy z rozpaczą.


∗                ∗

Przy stoliku, w pewnej artystycznej kawiarni, siedziało kilku mężczyzn. Po jakimś czasie do-