Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


 zawdzięczać to określenie kilku chałupom, rozsianym w hojnych odległościach, jedna od drugiej. Minęliśmy krzyż z wiszącym Chrystusem, którego tusza i zagniewana mina zmusiły mnie do obrócenia się w siodle. Chrystus był prawie naturalnej wielkości człowieka i stopami nieomal dotykał ziemi. Dziwność jego polegała właśnie na tej wielkości i tuszy oraz na wyrazie twarzy, który zdawał się mówić: „Dokąd tu będę tkwił! Słońce praży i gapią się na mnie przejezdni!“ Ruch tej miejscowości zdawał się ograniczać do kilku psów włóczących się środkiem drogi z podtulonemi okonami. Psy te były jasno-żółte i zdawały się być wypłowiałe od ohydnego skwaru, jaki zalewał i niejako koncentrował się specjalnie w zasięgu tych kilku ruder. Ludzi, jak dotychczas, a zwłaszcza delegata policji, nie było widać. Całość tchnęła podłością i niechlujstwem. Budynkiem odsłaniającym się z oddali, okazała się wenda z samotnym, czarniawym grubasem w pyjamie, który siedział na taburecie przed wejściem. Sawczukowie podjechali do niego, coś tam pogawędzili, grubas wskazał sztywnem ramieniem napół otwartą furtkę w ogrodzeniu, i przez tę furtkę wjechaliśmy na obszerny dziedziniec. Zsiadłem z konia i odrazu przysiadłem na pierwszej z brzegu belce. Nic miałem sił walczyć z ogarniającem mnie lenistwem, wobec czego postanowiłem rozsiodłać konia za chwilę. Za równiutko biegnącym parkanem, rozległ się wściekły tętent i wzdłuż niego, przejechał galopem efektownie odziany kaboklo, ze wspaniałą ostrogą na prawej, bosej nodze, z furkoczącą, czerwoną chustką na szyi, w połatanej, pstrej żokejce. Siedziałem tak, rozkoszując się odpoczynkiem i jednocześnie przejęty głębokim wstrętem do tej antypatycznej, ziejącej skondensowanem ubóstwem i nudą — okolicy. Kilku chłopów poszło do wendy i po chwili wrócili z koszami pełnemi kukurydzy. Zwierzęta się wytarzały, poczem zgodnie ustawiły się wzdłuż żłobu z kukurydzą. Grzeszczeszyn namaszczał grzbiet swojego konia szimaronem i co chwila pytająco spoglądał na mego osio-