Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wego koloru, z długim, jasnym ogonem, i nim się kto zorjentował, boczkiem przecwałowała mimo nas i wydostawszy się na wolną drogę, galopem zniknęła za zakrętem i po chwili nawet tętent jej ucichł. Zaraz Dąbski krzyknął do Michała:
— Ganiaj żywo za kobyłą i bez niej mi nie wracaj!
Chłopak zawrócił, zdzielił konia batem i przytrzymując kapelusz pognał za zbiegłą kobyłą. Cała tropa wolno ruszyła naprzód. Ten i ów komentował ucieczkę konia, Dąbski ciągle krzyczał w moją stronę: — „A co, nie widać go tam?“ Ale za nami w głuchej ciszy łączyły się obie ściany dżungli, pochłaniając ścieżkę. Ustawiczne kiwanie się na burze przyprawiało mnie o senność, uczuwałem ból w krzyżu, noga ciągle piekła, ale wszystko razem niepozbawione było pewnego uroku. Gdzieś zaszczekał pies, mignął mi nawet kilka razy, bury na jego widok wyciągały szyje jak gęsi, słychać było monotonny chrzęst, brzęczenie żelaziwa w którymś z kalgierów. Dąbski ciągle zapytywał czy nie widać Michała ze zgubą, Grzeszczeszyn w pewnej chwili wyrósł ponad wszystkich, wykrzywił do mnie poufnie twarz, widocznie stanął w strzemionach, aby popatrzeć czy jestem. Spojrzałem na zegarek; wskazywał trzecią. Prawa strona dżungli zdawała się przerzedzać, tropa pobiegła żwawiej, pokazała się kapuejra, potem polanka, na polance ogrodzenie i dymiąca spod dachu chałupa. Skręcaliśmy w stronę tej zagrody. Widziałem teraz wszystkich wyraźnie, jeźdźcy jechali po obu stronach tropy, aby się nie rozbiegła, z piaszczystej dróżki zrywał się lekki tuman kurzu. Tymczasem ci na przedzie już zsiadali z koni, na udeptanej przestrzeni przed chałupą stały dwa długie i wysokie żłoby, niektórzy już rzucali do niej kukurydzę, którą wyciągali z boczej szopy, konie obstąpiły żłoby, bury kopały, wszczął się gwar i ruch. Dotychczas jeszcze me widziałem gospodarzy tej „ranszy“, ale okazało się, że polecenie co do kukurydzy wydała siedząca w kuchni samotna i stara kobieta. Zdjąłem siodło z bura i narazie przywiązałem do zbut-