Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/190

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z drzew wystrzeliła nagle wieżyczka. Dąbski krzyknął wesoło do syna:
— Ganiaj Michałek do chałupy, matka z pyzami czeka!
Droga poszerzała nagle, przemieniła się jakby w trakt, wpoprzek którego przebiegał pas domów, malowanych przeważnie wapnem na biało; krytych często czerwoną dachówką. Tam gdzie „ulica“ spotykała się z traktem, stał wielki, na wysokich fundamentach dom, z piętnem dzikiej prowincjonalności na obitych blaszanemi reklamami — ścianach, z drzemiącemi przy słupach końmi, jucznemi burami, kręcącemi się między ludźmi ubranymi z fantazją, w zawadjacko przewiązanych chustkach na szyjach, z szkikotami, zwisającemi z przegubów rąk, z rewolwerami wystającemi lufami spod marynarek. Zbójecki urok wiał od tej wendy. Ludzie stojący w drzwiach patrzyli na nas ciemnym wzrokiem spod wyszmelcowanych kapeluszy; obawiałem się, że rzucą jakieś ironiczne słówko, że trzeba będzie „do korda, panowie!...“ A najbardziej niepokoił mnie Grzeszczeszyn, który wyraźnie pokazał im ręką banana i zarechotał rubasznie, na co w odpowiedzi gruchnęła salwa śmiechu ze strony — tak mi wyglądali — bandytów i dały się słyszeć wyrazy:
„Que isto, barbaridade! desgrasado luoco... hehehe!“ (Co za przeklęty głupiec... blondyn... ).
Grzeszczeszyn zdjął kapelusz i zawołał: „Como vae rapaizes! Bom dia!“ (Jak się macie chłopcy! Dzieńdobry!).
Znów się zaśmiali, któryś odpowiedział: „muito bem!“, — ale już Dąbski nacierał koniem na Grzeszczeszyna i krzyczał:
— Jedź pan, jedź pan! znów pan zaczynasz!
Skręciliśmy w ulicę i zaraz naprzeciw wendy, spomiędzy dwuch stojących blisko siebie domów, wybiegła smagła dziewczyna w kusej sukience i otworzyła nam bramę, wołając: — O, tato przyjechali! — Zsiedliśmy z koni. Dąbski zaczął się całować z tęgą kobietą, uścisnął smagłą dziewczynę, przyle-