Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


miał trzy konie i jednego bura; teraz pognało przed nami siedem koni i dwa bury, nie licząc tych, na których siedzieliśmy. Obrotny handlowiec, swoją drogą! Na tym krótkim i niezamieszkałym odcinku od Psycha do Potyrały dokupił jednak kilka sztuk.
Jechaliśmy słuchając monotonnych okrzyków małego Dąbskiego:
O! o! ooo!... O, o, ooo! Zwierzęta często przystawały na uboczach, pojadały takuarę, skręcały nagle w las. Trzeba było je znów spędzać na drogę, w czem mimowoli brałem udział.
O! o! ooo!...
Wkońcu jednak jechaliśmy spokojnie, pędząc przed sobą zgodne stado. Było chłodno i zwilgotniała droga nie puszczała kurzu. Najpierw ukazał się jakiś znajomy zakręt, potem widziane jary i kiedy zdaleka zabieliły się domki Conde la Guicha, wiedziałem, że to wczorajsza trasa. Nie rozmawialiśmy i jedyne odgłosy, to były: O! o! ooo!..., oraz gniewny lecz rzadki okrzyk Dąbskiego. Wjechaliśmy na tereny Indjan, ukazał się cmentarz. Było — było... Zapiał kogut, wiadomo — szopa blisko... Jazda dalej... most z dachem, domek kapitoński, — porozumiewawcze mrugnięcie Grzeszczeszyna w moją stronę; — Łączka, piniory, stop! Tutaj Dąbski zarządził odpoczynek. Pozsiadaliśmy z koni. Zdeterminowany, położyłem kapę pod płotem i usiadłem sobie.
— Niech tam pana jararaca nie dziabnie w zadek, zawołał wesoło Grzeszczeszyn, wchodząc do domku, gdzie zaczerwieniła się sukienka wiadomej istoty.
Nagle uświadomiłem sobie moje męczeństwo. Począłem kląć pod nosem na całego. Już ja się tam więcej nie pokażę! Odgrzewane widoczki, tak! Może i wczorajsza sytuacyjka też się powtórzy, taka a taka mać! Rżał przecież jak wchodził, a tamta też mignęła. Posępnie patrzyłem w dal. Ten i ów z koni tarzał się, jakiś bur idjotycznie zakwiczał czy zawył... Oto i los