Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/172

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem, nieco dalej garbiły się dwie niepozorne chałupiny, na trawie pasły się konie i z przestrzeni tej wiało wietrzną samotnią. Zadudniły kopyta na moście (z dachem), poczem wesoło skręciliśmy w lewo po niewielkiej pochyłości i zatrzymaliśmy się przy płocie obiegającym dom z gankiem. Z domu wyszła mała, pulchna kobieta (Grzeszczeszyn odrazu wszczepił się w nią spojrzeniem) a za nią równie drobny mężczyzna z gołą głową, czarniawy na twarzy i potulnie uśmiechnięty. Jego żona ta właśnie pulchna smyrda z erotycznym uśmieszkiem pod zadartym noskiem, zakręciła się koło nas żwawo, powiadomiła, że „kapiton“ wyjechał do Candido do Abreu i wróci późnym wieczorem.
Para ta była czemś w rodzaju służby i administracji tego posterunku. „Kapiton“ był tu przełożonym i opiekunem Indjan. Poto też zbudowano ten dom, gdzie się mieściło biuro z telefonem. Z kobietki emanowała nieprzyzwoita chutliwość, zdawała się tylko oczekiwać okazji, aby się wsunąć pod mężczyznę. Ponieważ fluidy te nie pozostały bez wpływu na nasze zachowanie, więc Wójcik tonem surowego przywódcy polecił jej przyrządzić obiad i powiadomił nas jednocześnie, że ta „morena“ długi czas zanim wyszła zamąż, zamieszkiwała dom publiczny niejakiej Stefanji w Kurytybie. Wzmianka ta zdawała się jeszcze bardziej podniecać Grzeszczeszyna. Przechadzał się, znów siadał, oczka mu biegały, słowem zachowywał się niespokojnie.
Tymczasem zachmurzyło się, wszystko to, na co patrzyliśmy z ławeczki na ganku przykro sposępniało, ciepły wiatr sczesał grzywy końskie. — Rozsiodłaliśmy te konie i puściliśmy wolno, poczem znów usiedliśmy na ganku. Oczywiście piliśmy szimaron, paląc i plotąc o byle czem. Grzeszczeszyn zaczął raptem opowiadać, jak kiedyś koło Matto Grosso spotkał Indjanina — albinosa, który miał osiemnaście lat i był biały jak owieczka, wszystko: włosy, rzęsy, brwi, a oczy czerwone jak u królika. Na