Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dobnych rozmów. Pomyślałem, że najlepiej będzie wykręcić się dziełami filozoficznemi, które piąte przez dziesiąte znam.
— Wie pan, o tem już wiele pisano. Byli tacy panowie: Locke, Wolter... czytał pan Woltera?
— Przyznam się panu, że nie.
— A to ciekawe, bo gdyby nie istniał Wolter, myśli pana byłyby znacznie ciekawsze! Niech pan sobie to przeczyta; na język polski przetłumaczył to Boy-Żeleński. — Ja temi rzeczami mało się zajmuję i nie szukam żadnego sensu życia. Polegam w zupełności na swoich doznaniach i później na swój sposób je roztrząsam. Zresztą żyję fikcją i pewną wesołą szarlatanerją — jestem literatem. Nie, ja się nie nadaję do podobnych rozmów.
— A szkoda, ma pan myślące spojrzenie.
— Bo też myślę. Tylko w Brazylji przystosowałem się zupełnie do klimatu umysłowego i ograniczyłem znacznie pracę swego umysłu.
Rozmowę naszą przerwał Grzeszczeszyn:
— Panowie tutaj opowiadają sobie takie duperele, a najpierw trzeba lud wyciągnąć z mroków, dać im chleba i wykształcić inteligencje, a dopiero później będzie pora na te kulturalne szmoncesy. Kler — panie — to jest ważna rzecz, co wy gadacie! Ludzie się za bardzo przyzwyczaili do duchowieństwa i te wszelkie nowe myśli szerzą tylko spustoszenia...
Pognałem konia, żeby uniknąć jakiejś straszliwej dyskusji. Urok nocy wkrótce uśmierzył mój niepokój. Z kwadrans gnaliśmy galopa. Daleko zamajaczyło światełko, znikło; następnie coraz dłużej trwało, i wkońcu zatrzymaliśmy się koło jakiegoś ogrodzenia. Wójcik zaklaskał, w domu pojawiła się jasna dziura i wyszedł z niej człowiek z latarnią.
— Hej, czy to wy — Potyrała! — krzyknął basowo Grzeszczeszyn.
— Ociec w domu, a co wy za jedni?! — odkrzyknął mutujący się głos.