Strona:Zbigniew Uniłowski - Żyto w dżungli.djvu/154

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tak sobie bez specjalnych ambicyj literackich; dziennikarzem jestem z przypadku, poprostu zaproponowali mi korespondencję stąd i w ten sposób zarabiam na życie... O, wydałem jakieś sześć książek, powieści, nowel... jeśli pana nazwałem kolegą, to raczej, żeby siebie zironizować.
— O, niech pan tak nie mówi!
— Stara się pan mnie pocieszyć, ale to doprawdy dla mnie ważne... Tylko pański przyjazd nasunął mi pewne wspomnienia... Dwadzieścia dwa lata nie widziałem kraju... a tu się — proszę pana w gruncie rzeczy parszywie żyje. Za łatwo i cały ten romantyzm i egzotyzm jest do chrzanu. Mam pretensje być w swoim rodzaju inteligentnem, a tu nie jest kraj dla ludzi z pewnemi aspiracjami... Tak, chłop — rolnik, nabiera tu wartości, inteligent marnieje. Pan to spostrzeże prędzej czy później. Ale oto dojeżdżamy do wendy mego przyjaciela Psycha. To bardzo porządny chłop, był dawniej nauczycielem... teraz założył sobie sklep w tem pustkowiu. To jedyny sposób dojścia do jakiegoś dobrobytu.
Na zakręcie drogi stał dom z przybudówką. Tuż przy drewnianym płocie warowały dzikie zarośla, jakby nie chcąc dopuścić dalej. Wokół czerniło się mroczne kłębowisko puszczy; wysokopienne drzewa prowadziły wzrok ku obojętnym pustkom niebios. Okiennice w domu były zamknięte, drzwi do wendy w połowie były przymknięte, a człowiek, który się podniósł zza lady w mrocznem wnętrzu, przywitał nas smutno i sprawiał wrażenie jakby trwał na stanowisku w tej głuszy. Wenda była uboga: na półkach blaszane pudła od cukierków, dwa siodła i trochę sprzętu gospodarskiego. Na ladzie leżał zwój fumy obok wagi. Psych był wysoki, twarz miał smagłą i ogorzałą, piękne, rozumne oczy i czarną, starganą czuprynę. Mówił cicho. Jego żona miała silną gorączkę i w domu czuło się ciężką chorobę. Mówił o tem spokojnie ale z przejmującym smutkiem. Żona Wójcika znikła za drzwiami wtyle wendy. Paląc papie-