Strona:Z teki Chochlika (Piosnki i żarty).djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Że mi się będzie pewno nawet w grobie śniło,
Bo dziś, gdy Waszmość Pana tą powieścią bawię,
To widzę tutaj wszystko — wszystko jak na jawie:
Te czarne trupy mnichów, ten klasztor ponury,
Te krwią dymiącą wschodów pluszczące marmury,
Ten dym, a nad nim słońce niby Bozkie oko,
I tę bramę kościelną rozwartą szeroko,
I onego kapłana w blasku świec jarzących,
I nas, jak w ziemię wrytych, i — prawie tchórzących.

A teraz mi wypada przyznać Waszmość Panu,
Że choć, jak u nas, dzieci włościańskiego stanu,
Wychowany zostałem w domu bogobojnie,
Tom już stracił był wiarę w obozach i wojnie,
I kląłem już z francuzka na czem świat ten stoi;
Ba nawet raz by dowieść, że się człek nie boi
Ani Boga ni djabła, przy szturmie kaplicy
Zapaliłem mą lulkę u ołtarnej świecy; —
Więc zgadniesz, żem przesądów nie miał i za szeląg,
— Lecz ten ksiądz był tak biały, żem się go aż przeląkł!

— „Pal!“ — zawołał oficer.

Nikt nie drgnął. Wśród ciszy
Musiał ksiądz głos ten słyszeć pewnie, lecz że słyszy
Nie dał poznać — i niczem nie zdradzając lęku,
Zwrócił się do nas twarzą z swą monstrancją w ręku,