Strona:Z niwy śląskiej.djvu/50

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


I tę zaklętą królewnę w kościele,
Tych groźnych zbójców w wielkim, ciemnym borze,
To wszystko widzę i w wieczornej porze
Za nic bym w świecie nie chodził po dworze,
I w szczere pole nie szedł za nic w świecie,
Więc gdy się tulę jako trwożne dziecię
Do prządki, ona głaszcze mnie i pieści
I łagodniejsze baja mi powieści:
Jako rok rocznie, gdy już kwiatów niema,
Przychodzi do nas piękna pani zima,
Jako odwiedza dobre, grzeczne dziatki,
Śliczne maluje na okienkach kwiatki,
Wiesza kryształy błyszczące na drzewa
I złote gwiazdki po śniegu rozsiewa,
Lub zaśpiewała piosnkę o dziewczynie,
Co pasła wołki w zielonej olszynie,
Z pieśnią, powieścią strach powoli minie!
A kiedy czasem się na wieczornice,
Czyli na prządki z całej wsi dziewice
I chłopcy do nas zebrali z kądzielą,
Gdy się zabawią, gdy się rozweselą,
Nie było końca śpiewom, żartom, śmiechom
I tym niewinnym wioskowym uciechom!

Więc takim trybem zbiegł mi wiek dziecinny
W mej ukochanej chateczce rodzinnej,
I takie było moje wychowanie.
To co najświętsze składało się na nie.
Dziaduś sędziwy uczył mię miłości
Ojczystej chatki i ojczystych włości,