Strona:Wywczasy młynowskie.djvu/027

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

Naraz w tłumie ukazał się sam przełożony, blady, ponury i niezmiernie poważny; szedł on pomiędzy uczniami, którzy swoją drogą pozdrawiali go ukłonem, a jednocześnie pozwalali sobie wykrzykiwać fatalny wyraz. On również złowił na gorącym uczynku jakiegoś rozszalałego malca i, wziąwszy go energicznie za ucho, poprowadził do kozy.
Zaledwie się to stało, gdy oto z piersi wszystkich wychowańców, jak gdyby salwa strzałów, wypadł wielki okrzyk: „Kotlety!“
Jakiś dryblas z piątej klasy zapowiadał zebranemu gronu słuchaczy, aby i po pauzie gdy się znów lekcje zaczną, w odpowiedzi na pytania nauczycieli koniecznie wtrącać wyraz „kotlety“.
— Czyś ty wrzeszczał „kotlety“? — piorunującym głosem zapytał dozorca, pan Szczypawka, chwytając jakiegoś żaka za kołnierz.
— Wszyscy wrzeszczeli, a ja nie wrzeszczałem, jak Bozię kocham! — odparł wystraszony chłopak.
Minęła wielka pauza i Brzdączkiewicz z dziennikiem pod pachą podążył do klasy czwartej. Tyle się dzisiaj nasłuchał o kotletach, tyle o nich rozmyślał od dnia wczorajszego, że mu one ciągle świdrowały w głowie. Pod tym wpływem zasiadł na katedrze,