Strona:Wolter - Powiastki filozoficzne 01.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o wiele lżej jest wędrować kiedy się kto kręci dokoła osi, niż kiedy idzie na własnych nogach. I oto wrócili skąd przyszli, obejrzawszy sadzawkę, ledwie dostrzegalną dla nich, która nazywa się morzem Śródziemnem, oraz stawek, który, pod mianem wielkiego Oceanu, oblewa całe kretowisko. Karzełkowi woda dochodziła najwyżej do pół łydki, tamten zaś ledwie zmaczał sobie pięty. Tak wędrując, robili co mogli aby zbadać czy ów glob jest zamieszkały czy nie. Schylali się, kładli na ziemi, obmacywali wszystko; ale, ponieważ oczy ich i ręce nie były dostosowane do istotek jakie tu pełzają, nie odebrali najmniejszego wrażenia któreby pozwoliło się domyślać, że my i nasi współbracia, mieszkańcy tego globu, mamy zaszczyt istnieć.
Karzełek, który wydawał niekiedy sąd nieco pospieszny, rozstrzygnął zrazu, że niema na Ziemi żadnej żyjącej istoty. Pierwszym jego argumentem było iż nikogo nie widzi. Mikromegas dał mu grzecznie uczuć, że takie rozumowanie jest dość wadliwe: „Toć, rzekł, nie widzisz swojemi małemi oczkami niektórych gwiazd pięćdziesiątej wielkości, które ja spostrzegam bardzo wyraźnie; czy wnosisz stąd że te gwiazdy nie istnieją? — Ależ, rzekł karzełek, macałem dobrze. — Może, odparł tamten, źle czułeś. — Ale bo, rzekł karzeł, ten glob jest tak źle zbudowany: coś tak nieregularnego, takiej jakiejś pociesznej formy! Wszystko wydaje się tu chaotyczne: widzisz te małe strumyki, z których żaden nie biegnie prosto; te stawy, które nie są ani okrągłe, ani