Strona:William Shakespeare - Zimowa powieść tłum. Ehrenberg.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
121

umarłą, i nie mało modłów odprawiłem napróżno nad jéj grobem. Nie będę szukał daleko, (bo, co do niego, znam poczęści jego myśli), żeby znaleźć dla ciebie godnego i szanownego małżonka. Zbliż się Kamillo, i podaj jéj rękę, ty, którego zacność świetnym odznaczyła się rozgłosem, a tu poświadczoną jest przez nas, dwóch królów. Opuśćmy to miejsce, (Do Hermiony). Co? patrzysz na mojego brata? Przebaczcie mi oboje, że między wasze niewinne spojrzenia wcisnąłem podejrzenia niegodne. (Wskazując na Florycela). Oto twój zięć, syn królewski, za wskazówką nieba zaręczony z twoją córką. Dobra Paulino, zaprowadź nas do innych komnat, gdziebyśmy mogli swobodnie rozpytywać się nawzajem, i w odpowiedziach skreślić rolę, jaką każdy z nas odegrał w tym obszernym przedziale czasu, co upłynął od samego naszego rozłączenia. Prosimy, wskaż nam drogę niezwłocznie. (Odchodzą).