Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/66

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


CX.

Ach! tak! Błądziłem tu i tam — bez granic
Na oczach ludzi błazna-m grywał rolę,
Myśli-m swe ranił, skarb rzucałem za nic,
Z świeżych miłostek stare-m wskrzeszał bole.
Wiera, na wierność jam patrzał z ukosa,
Lecz nowa młodość przyszła mi przez błędy;
Jam się przekonał, klnę się na niebiosa,
Że twoja miłość i zawsze i wszędy
Jest mi najdroższa... Wszystko to minęło!
Bierz, co nie ginie. Starszego ja druha
Już nie wystawię na próbę! Czcze dzieło!
On — bóg w miłości! Li jego dziś słucha
Serce! Więc tul mnie, ty najdroższe łono,
Skarbie, prócz nieba, najbogatszy pono!




CXI.

Karć, panie, za mnie jedynie mą Dolę,
Bóstwo, mych wszystkich przykrych czynów winne:
Ono me życie postawiło w kole
Gminnem, gdzie rosną obyczaje gminne.
Stąd imię moje srom piętnuje wraży,
Natura moja nosi, widać, ślady
Mego zajęcia, jak ręce farbiarzy.
Więc się ulituj i nie skąp mi rady,
I ja pić będę, jak powolny chory,
Wszelaki ocet na mój stan zatruty,
Nie rozgorzknieją gorzkie mnie przetwory,
Rad się podwójnej podejmę pokuty.
Więc się ulituj, przyjacielu drogi,
Sama twa litość stawi mnie na nogi.