Strona:William Shakespeare - Sonety.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


LXXX.

Pisząc o tobie, jakże jestem słaby!
Wiem, że duch inny, silniejszy ode mnie,
Z całą swą mocą cześć twą i powaby
Wielbi, gdy ja się wytężam daremnie.
Lecz że na sławy twojej oceanie
Płyną najlichsze i największe żagle,
I moja barka na twem morzu stanie,
I ją, choć wątłą, do tych gonów znaglę.
Gdy tamten dumny pomknie z fal powodzią,
I mnie utrzymasz na głębi: jeżeli
Wraz się rozbiję, lichą byłem łodzią,
On zaś był wielkim statkiem na topieli.
Gdy ja utonę, a on zmógł się z próbą,
Najgorsza w tem jest, iż miłość ma zgubą.




LXXXI.

Czy ja żyć będę, by wznieść pomnik tobie,
Czyli ty przetrwasz, gdy ja legnę zmarły,
Pamięć twej sławy nie zaginie w grobie,
Choć wszystkie ślady po mnie się zatarły.
Imię twe zyszcze nieśmiertelną siłę,
Gdy mnie dla świata nikt już nie obudzi;
Ziemia li wspólną dla mnie da mogiłę,
Ty zaś spoczynek znajdziesz w oku ludzi.
Nagrobkiem twoim czuła pieśń ma będzie,
W niej to jutrzejsze rozczyta się oko
Na uściech przyszłych chwały twej orędzie,
Gdy świat dzisiejszy już w grobie głęboko.
Tak już na wieki, potęgą mej pieśni,
Imię się twoje z ludzkim tchem zrówieśni.